Monthly Archives: Maj 2017


kurczak z pieczarkami

Ruda Pichci: Kurczak z pieczarkami w sosie śmietanowo-musztardowym z koperkiem

Są takie dni, kiedy nie wiem, co do garnka włożyć. Już wieczór wcześniej rozmyślam o tym, co ugotuję, a tymczasem nic nie przychodzi mi do głowy – nazywam to zawsze „efektem pełnego tyłka”, co oznacza, że mam po prostu przesyt tego, co dotychczas jadłam.

Pytam wtedy mojego B., na co ma ochotę, a on zazwyczaj rzuca pomysłem w stylu „nic mi nie przychodzi do głowy, ale pomyślę i ci powiem”. Bardzo pomocne, cholerka!Dobrze, że chociaż jest w stanie określić, na jaki dodatek skrobiowy ma ochotę!

Dziś o poranku rzucił, że zjadłby jajka sadzone, na co ja prychnęłam z dezaprobatą – nie przepadam bowiem za innymi formami jajek niż jajecznica, bądź te ugotowane na twardo. Doczekałam się w odpowiedzi najpierw prychu z jego strony, następnie zaś stwierdzenia, że może być coś z ryżem. Szybko zerknęłam więc w czeluście lodówki i zamrażalnika, w wyniku czego powstał przepis, którym dziś się z Wami podzielę!

Kurczak z pieczarkami w sosie śmietanowo-musztardowym

 

Składniki (na dwie osoby):

  • pół dużej piersi z kurczaka lub dwa duże, wytrybowane udka,
  • sześć pieczarek,
  • cebula,
  • trzy ząbki czosnku,
  • trzy łyżki śmietany 18%,
  • trzy łyżki musztardy sarepskiej (lub dwie sarepskiej i jednej delikatesowej),
  • pół pęczka koperku,
  • sól, pieprz, czosnek suszony, kolendra suszona, odrobina suszonego kuminu, łyżka soku z cytryny,
  • szklanka domowego bulionu,
  • olej rzepakowy.

 

Mięso kurczaka kroimy w kostkę i marynujemy w wymienionych w ostatnim punkcie przyprawach i soku z cytryny przez 10 minut. Cebulę i czosnek siekamy, smażymy powoli na oleju, a gdy się zeszklą, dodajemy kurczaka. Pieczarki kroimy w plasterki i dorzucamy na patelnię, gdy kurczak będzie już także podsmażony. Gdy pieczarki odparują, zalewamy bulionem i trzymamy jeszcze wszystko przez dwie-trzy minuty na ogniu.

W miseczce mieszamy śmietanę z musztardą, a następnie przekładamy na patelnię i wszystko dokładnie mieszamy, gotujemy przez pięć na średnim ogniu, aby płyn się odrobinę zredukował.  Doprawiamy do smaku jeszcze solą i pieprzem.

Koniec wieńczy dzieło, a w tym przypadku smak, dlatego do sosu dodajemy pół pęczka koperku, drobniutko posiekanego. Już nie gotujemy, aby koperek nie stracił koloru.

Ja podałam sos z zaproponowanym przez B. ryżem ugotowanym na sypko. Kurczak z pieczarkami w tym sosie komponuje się z nim idealnie!

kurczak z pieczarkami

Może i nie wygląda idealnie, ale wierzcie mi – smakuje genialnie!


Garnki, patelnie i mieszadła w dłoń, do sosu marsz! Zróbie go swoim mężczyznom – może i wygląda delikatnie, ale za to smak jest dzięki musztardzie naprawdę konkretny.

Czekam w komentarzach na Wasze wersje tej potrawy!

Sprawdźcie też inne przepisy z serii Ruda Pichci, tym razem na zupy: Sycąca zupa z czerwonej soczewicy i Wiosna na talerzu, czyli delikatny krem ze szparagów!

zarządzanie czasem copywritera

Zarządzanie czasem copywritera – moich pięć żelaznych zasad!

Uwielbiam pracować ze słowem. Każdy tekst, który wychodzi spod mojej klawiatury jest częścią mnie, jest bowiem ucieleśnieniem idei, które powstają w mojej głowie – począwszy od najkrótszego tweeta, a skończywszy na dłuższych artykułach. Zarządzanie treściami jest jednak bardzo czasochłonne, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że tworzę je zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym.

Wyrabianie się z terminami to jedno, a zachowanie odpowiednio wysokiej jakości tworzonych tekstów, drugie. Obie kwestie są w pracy twórcy treści niezwykle ważne, a ich kombinacja składa się na nasz sukces. Słaby content, choć dostarczany w terminie, raczej się nie obroni, a spóźnianie się z dostarczaniem pracy na czas z pewnością przysporzy nam sporych kłopotów u zamawiającego. Przyznam się szczerze, że zdarzały mi się w życiu poślizgi, okupione oczywiście okrutnymi wyrzutami sumienia – nie cierpię nie dotrzymywać warunków umowy, gdyż to kłóci się z moją wewnętrzną potrzebą bycia we wszystkim perfekcyjną.

Dziś jednak nie jestem już tą samą Olą, która cztery lata temu zaczynała swoją przygodę ze słowem pisanym. Dziś rozumiem już, jak ważna jest każda minuta mojego dnia – zarówno tej części, którą spędzam w pracy, jak i czasu wolnego. Dlatego te 24 godziny staram się wykorzystać do maksimum, aby nie mieć do siebie pretensji, że mogłam coś zrobić, a przez lenistwo nie zdążyłam.

Jak jednak upewnić się, że sposób naszej pracy jest wystarczająco wydajny, a czas nie przecieka nam przez palce?  Zarządzanie czasem copywritera nie musi być trudne – sprawdźcie moje sposoby!

Zarządzanie czasem copywritera – moich pięć żelaznych zasad!

Naucz się mówić „nie”

Pewnie każdy z Was spotkał się kiedyś z sytuacją, kiedy zadania tak się spiętrzyły, że nie wiedzieliście, w co ręce włożyć. Takie momenty w szczególności uwielbiają przyciągać osoby, które chętnie zleciłyby nam jeszcze coś do zrobienia – tak, jakby ktoś chodził z megafonem i informował o tym, że chętnie wyręczymy naszych współpracowników w wypełnianiu ich obowiązków.

Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że mówienie „nie” nie należy do rzeczy najprostszych – zazwyczaj po prostu nie chcemy się kolegom narażać, odmawiając im pomocy. W końcu my też przecież możemy jej kiedyś potrzebować, prawda? Dlatego tak ważny jest sposób, w jaki zakomunikujemy ową odmowę – tu znajdziecie kilka praktycznych porad o tym, jak to „nie” powinno zabrzmieć, aby nikt nie uznał nas za gbura!

Uwierzcie mi, że jeśli wreszcie zaczniecie przeznaczać 100% czasu jedynie na wykonywanie swoich zadań, szybko odczujecie różnicę! Pozwoli Wam to przede wszystkim na maksymalne skupienie na tym, co do Was należy i tworzenie znacznie lepszych, bardziej dopracowanych tekstów.

Nie ulegaj rozpraszaczom

Spójrzmy prawdzie w oczy: zawsze, gdy tylko siadamy do pracy, wszystko zaczyna kusić dwa razy bardziej. Social media, książka, odcinek ulubionego serialu (zwłaszcza, kiedy pracujemy zdalnie), nawet głód zaczyna doskwierać znacznie szybciej niż zwykle. Znam to lepiej niż myślicie – natychmiast po rozpoczęciu pisania dźwięki z zewnątrz stają się znacznie intensywniejszej i rozpraszają moją ledwie osiągniętą koncentrację.

zarzadzanie czasem copywritera

A czasami zdarza mi się pracować w ten sposób 🙂

Dlatego zawsze, kiedy zaczynam swoją pracę, wyłączam WiFi i odkładam telefon na bezpieczną odległość, znacznie przekraczającą długość ręki, a w dodatku za moimi plecami. Kiedy ktoś dzwoni, mam okazję by wstać i ruszyć się z miejsca, a ponadto nie sprawdzam już kompulsywnie zawartości walli tylko po to, aby trzy razy przeczytać ten sam wpis. Ten sposób jest niezawodny, a efekty, choć żmudne do osiągnięcia, wyjątkowo satysfakcjonujące – nie tracę już czasu na wgapianie się w smartfon i konsumowanie miliona różnych treści. Znacznie lepiej skupiam się na moich zadaniach, przez co jestem też bardziej zadowolona z efektów!

Poza tym nauczyłam się tego, aby co chwila nie sprawdzać maila. Było to dla mnie niesamowicie trudne, gdyż staram się jak najszybciej odpowiadać na pytania moich współpracowników. Z doświadczenia jednak wiem, że zaraz po wszelkich rozpraszaczach powiązanych z telefonem, to właśnie emaile dekoncentrują mnie najbardziej.

Przygotuj listę zadań

Czy wiesz, że znacznie lepiej działamy, kiedy trzymamy się utartego planu? Opanowanie zamieszania jest najprostszym sposobem na maksymalne skupienie, gdyż znajomość następnych naszych kroków pozwala nam na kontrolowanie czasu, jaki na nie przeznaczamy. Oczywiście, chaos także potrafi być twórczy i rozwija kreatywność, ale niestety, to nie jest dobre rozwiązanie nie na dłuższą metę. Poprzez ujęcie zadań w sztywniejsze ramy wzrasta nasza efektywność – a przecież właśnie o to chodzi!

Tu mam dla Was coś w rodzaju podpunktu, czyli użyj narzędzi!

Sporządzanie listy zadań może odbywać się na wiele sposobów. Najłatwiej jest, oczywiście, wziąć kartkę i długopis, jednak ja wolę aplikację na smartfona, o czym pisałam Wam tu. Wypróbowałam już Todoist, Asanę, Trello, Podio oraz mojego TimeCampa, dzięki któremu dokładnie wiem, jak dużo czasu potrzebuję na napisanie tekstu o określonych wymogach lub wykonanie innego zadania. Regularnie wprowadzam też dane do mojego kalendarza (Google  Calendar), gdyż kontroli nigdy za wiele! Na podorędziu mam też zawsze ręczny notatnik, który służy mi do notowania ulotnych pomysłów i myśli.

Chwilka przerwy

Nasz mózg potrzebuje wytchnienia. Wyobraź sobie, że ćwiczysz wytrwale na siłowni, wylewając z siebie siódme poty, aby osiągnąć pożądane efekty. Niemożliwym jest, abyś wytrzymał/a to bez chociażby małej pauzy! Dokładnie tak samo jest z umysłem – on też potrzebuje odpoczynku, aby znów mógł wskoczyć na właściwe obroty.

zarzadzanie czasem copywritera

Zdrowe drugie śniadanie – dla mnie to najprzyjemniejszy rodzaj wytchnienia!

Dlatego tak ważnym jest, aby w trakcie tworzenia, które jest wysiłkiem typowo intelektualnym, zrobić sobie od czasu do czasu chwilę przerwy. Dla mnie oznacza to zazwyczaj dwie minuty spędzone z zamkniętymi oczami, aby uspokoić wzrok, przygotowanie posiłku albo, coraz częściej, seria prostych ćwiczeń fizycznych. Te drobne pauzy pozwolą Wam na zintensyfikowanie skupienia i dodadzą siły do wykonywania dalszych obowiązków, a co za tym idzie, skończycie swoje zadania znacznie szybciej niż sądzicie!

Wyznacz sobie czas

W pracy copywritera czy content designera często spotykamy się z tymi samymi rodzajami zadań. Teksty czy inne treści zazwyczaj są podobnych rozmiarów, dlatego bez przeszkód możemy określić, jak długo zajmie nam ich sporządzenie, łącznie z wszelkimi przygotowaniami. Znów wspomnę Wam tu o narzędziach do time trackingu, takich jak TimeCamp – wystarczy je tylko włączyć w momencie rozpoczęcia zadania, a apka sama zliczy nam spędzone na jego wykonaniu minuty i godziny.

Zdecydowanie ułatwia nam to zarządzanie czasem w naszym zawodzie – jesteśmy bowiem w stanie tak podzielić nasz dzień pracy, aby żaden z obowiązków nie ucierpiał kosztem drugiego. Wyobraźcie sobie, jakim szczęściem będzie napisanie trzech tekstów, zamiast dwóch? Ja byłabym z siebie dumna! I jestem, bo właściwe zarządzanie czasem oznacza nic innego, jak koniec zawalania terminów.

 

przepis na motywacje

Znajdź w sobie siłę, czyli gotowy przepis na motywację

Od kiedy pracuję zdalnie, każdy dzień jest dla mnie walką o  zmotywowanie się do wykonywania codziennych czynności. Uwierzcie mi, nie przesadzam, pisząc o walce – już od rana trwa we mnie wewnętrzna bójka między uciążliwym lenistwem, a wrodzoną chęcią do działania. I choć mój uporządkowany, codzienny plan rzadko kiedy ulega jakimkolwiek zmianom, bywają okresy, kiedy jest mi szczególnie trudno zadbać o to, by wszystkie zadania zostały wykonane na tip-top.

Zastanawiacie się pewnie, jak w takim razie funkcjonuję między domem, pracą a doktoratem, skoro nowy post zaczęłam od lamentów i narzekań. Ten wstęp zabrzmiał raczej jak spory akapit użalania się nad sobą. I wiecie co? Nie uważam tego za nic złego – każdy z nas potrzebuje tej jednej chwili, aby się wygadać i oczyścić umysł z zawracających nam głowę myśli. Ja zaś pozwoliłam sobie na małe „wypisanie się”, aby problemy nie przysłoniły mi zdrowego obrazu sytuacji – poza tym czy któreś z Was miałoby ochotę na czytanie mojego marudzenia? Szczerze wątpię!

Skoro etap biadolenia mamy już za sobą, mogę Was spokojnie zabrać w całkiem inspirującą podróż. Motywacja może nie jest najłatwiejsza do osiągnięcia, w drodze na szczyt nie ma miejsca na skróty i nadprogramowe przystanki, ale przy odrobinie szczerej chęci jesteśmy w stanie osiągnąć ten stan szybciej, niż się spodziewamy! Chcecie wiedzieć, jaki jest mój sposób na motywację? Nie przestawajcie czytać!

Znajdź w sobie siłę, czyli przepis na motywację

Traktuję słabość jako swojego przeciwnika

Pisałam Wam już kiedyś, że tkwi we mnie silny instynkt rywalizacji. Już od dziecka wynajdywałam sobie powody do przystąpienia do rozgrywki – uwielbiałam grać w gumę, klasy i inne gry, które wymagałyby ode mnie chęci współzawodnictwa. Być może to było powodem faktu, iż na każdym ze świadectw szkolnych w klasach 1-3 napisane było „ma silne zapędy przywódcze”. Zawsze lubiłam mieć ostatnie słowo!

Dlatego ze zmotywowaniem się też prowadzę swoistą grę. Okazuje się, że jest ona trudniejszym przeciwnikiem, niż myślałam – pogrywa bowiem nieczysto, kolaborując z lenistwem i prokrastynacją. Tymczasem ja nie zamierzam się jej poddawać, zwłaszcza, że mam zbyt mało czasu na to, by lenić się kosztem niewypełnionych obowiązków! Już od szóstej rano działam na maksymalnych obrotach, nie pozwalam sobie na spokojne kawki i śniadanka, które spowalniałyby narzucony od wstania z łóżka rytm. Wystarczy bowiem jedno zagapienie się, a rywal skorzysta z rozluźnienia koncentracji, a ja tej bitwy nie mogę przegrać! Zachowuję jednak przy tym zdrowy rozsądek i słucham swojego organizmu – przecież od każdej reguły może być wyjątek!

Zakładam się sama ze sobą

Nic nie działa na mnie lepiej niż wizja wygranej. Być może dziwnie to zabrzmi, ale jestem niezwykle podatna na metodę kija i marchewki, a moim warzywem zawsze są jakieś drobne przyjemności, które obiecuję sobie za dobrze wykonaną pracę. I jak tu tych obietnic nie spełnić, kiedy w perspektywie mam smakołyki lub jakąś drobnostkę, która może wylądować w mojej szafie? Albo nowy lakier hybrydowy, od których ostatnio się uzależniłam?

Oczywiście, nie postępuję tak w przypadku każdej najmniejszej pierdoły, bo bym zbankrutowała! Dzieje się tak przede wszystkim w przypadku, gdy wisi nade mną widmo dużego projektu, czegoś na kształt żaby do zjedzenia. Motywacja jest naturalną reakcją na zaiskrzenie we mnie wizji nagrody – pracuję wtedy znacznie szybciej i efektywniej, gdyż nie mogę doczekać się tego, co dostanę w zamian za trud włożony w napisanie artykułu lub wykonanie innego zadania. Spróbujcie działać w ten sposób, a efekty przejdą wszelkie oczekiwania!

przepis na motywacje

Lody w nagrodę? Brzmi pysznie!

Rozbijam większe projekty na mniejsze zadania

Wszyscy wiemy, jak trudno porządne zmotywowanie się, gdy przed nami rysuje się widmo wielogodzinnej pracy, której trzeba będzie poświęcić się przez następne X godzin. Dlatego zawsze, kiedy znajduję się w takiej sytuacji, staram się na samym początku przygotować sensowny plan i podzielić projekt na mniejsze zadania. Jest to o tyle wygodne, że dzięki trackowaniu czasu mam wtedy znacznie lepszy obraz sytuacji, jak rozporządzam swoim czasem.

Ten moment, który dzieli taski, to doskonała okazja do zregenerowania sił i przygotowania się do następnego zadania. W przerwach staram się poświęcić kilka minut na odprężające ćwiczenia, zamknąć na chwilę oczy i, co najważniejsze, zjeść posiłek! Perspektywa zjedzenia smacznego obiadu działa na mnie dokładnie w ten sam sposób, jak przyjemności opisane w punkcie drugim – tak nie mogę się go doczekać, że staram się zakończyć zadanie jak najszybciej (pilnując oczywiście, aby osiągnąć przy tym jak najlepsze rezultaty). Tak, jestem uzależniona od jedzenia…

Żyję sukcesem, nie porażką

Rzadko kiedy pozwalam sobie na rozpamiętywanie. Zazwyczaj zbiega się to z wydarzeniami, które wpływają na mnie naprawdę dołująco – chyba każdy z nas zna taki stan, w którym ze złego nastroju jest w stanie wyłowić nas jedynie obecność drugiej osoby lub jedzenie (pewnie myśleliście, że napiszę coś o czekoladzie, ale od takiej tabliczki zdecydowanie bardziej wolę paczkę czipsów).

Kiedy jednak jestem w dobrej formie psychicznej, staram się uparcie trzymać swoich sukcesów. Pamięć o nich pozwala mi skupić się na tym, by doprowadzić swoje projekty do końca, nie zapominając o zachowaniu najwyższej jakości swojej pracy. Każde kolejne osiągnięcie przekuwam w solidną porcję dobrej energii, z której korzystam każdego dnia. Korzystanie z dobrodziejstw dobrego samopoczucia pozwala m utrzymać samodyscyplinę, tak, abym nie straciła rezonu. Następne sukcesy oznaczają bowiem jeszcze większą porcję tych pozytywnych wibracji, które odpowiedzialne są za odpowiedni poziom motywacji!

przepis na motywacje

Moje wymarzone, nawiększe ostatnio osiągnięcie!

Uśmiecham się do siebie

Mój poranny rytuał zawsze zaczynam od przyjęcia tabletek na tarczycę i wstawienia wody na herbatę. Następnie udaję się do łazienki, aby oczyścić twarz po przespanej nocy, ale zanim to zrobię, staję przed lustrem i wysyłam samej sobie promienny uśmiech. Wiem, że wydaje się Wam to niesamowicie dziwne, ale uwierzcie mi, jest niezwykle potrzebne. Dlaczego to robię?

Już od rana chcę przekazać sobie porcję pozytywnej energii! Kiedy się uśmiecham, czuję się piękniejsza, bardziej pewna siebie i przekonana o tym, że wszystko, co sobie założyłam, zakończy się powodzeniem. Jestem też gotowa na to, aby obdarzać uśmiechem wszystkich dookoła, nie szczędząc go zwłaszcza swoim najbliższym. Śmiech sprawia, że chce mi się żyć – a czyż może być lepszy powód do tego, aby być zmotywowanym już każdego poranka?


A jaki jest Wasz przepis na motywację? Podzielcie się ze mną w komentarzach swoją receptą na sukces!

krem ze szparagow

Wiosna na talerzu, czyli delikatny krem ze szparagów

Jestem mistrzynią kuchni prostej – mam w zanadrzu tysiąc pomysłów na obiady gotowe w pół godziny. Kiedy trzeba, potrafię jednak zmobilizować się do ugotowania potrawy znacznie trudniejszej, chociażby aromatycznego, długo gotowanego gulaszu. Z kolei jestem kompletną nogą, jeśli chodzi o pieczenie… Moje wypieki nadają się jedynie dla miłośników wielosmakowych zakalców. Nie zmienia to jednak faktu, że kocham gotować.

Pichcenie mnie odpręża, sprawia, że z mojej głowy w oka mgnieniu znikają dręczące mnie koszmary. A że uwielbiam, też jeść, przy okazji dogadzam sobie każdym posiłkiem jak niezwykłym rarytasem.

Dlaczego? Bo jedzenie nie ma tylko napełniać brzucha. Ma smakować i pieścić nasze kubki smakowe!

Dlatego dziś mam dla Was przepis na zupę w czterdzieści minut. Pyszny krem ze szparagów, aromatyczny i zarazem lekki obiad, który z pewnością zadowoli przynajmniej cztery głodne osoby! A ten kolor… soczysta zieleń, która tak cieszy oko, że aż chce się po posiłku wybrać na długi spacer wśród kwitnących drzew i kwiatów.

Zobacz też: Przepis na zupę z czerwonej soczewicy

Delikatny krem ze szparagów

Składniki:

  • Pęczek zielonych szparagów,
  • Nieduża cukinia,
  • Mała czerwona cebula,
  • Dwa ziemniaki,
  • Trzy ząbki czosnku,
  • 700 ml wody
  • Dwie łyżki oleju rzepakowego
  • Przyprawy: sól, pieprz, bazylia, tymianek, kolendra
  • Opcjonalnie: kawałki sera camembert

 

Sposób przygotowania:

Od szparagów odłamujemy twarde końcówki, nie przydadzą nam się w trakcie gotowania. Kroimy je na mniejsze kawałki i odstawiamy na bok. Ziemniaki obieramy i kroimy w małą kostkę. Rozgrzewamy garnek z olejem, cebulę kroimy w kosteczkę i wrzucamy do środka. Gdy się zeszkli, do garnka dokładamy ziemniaki i pozwalamy im się trochę przesmażyć, mieszając od czasu do czasu, aby nie przywarły. Cukinię również kroimy w ten sam sposób i po trzech, czterech minutach dokładamy do ziemniaków. Po kolejnych dwóch minutach wrzucamy też szparagi – najpierw łodyżki, a po minucie główki. Doprawiamy solą, pieprzem bazylią, tymiankiem i kolendrą, a także przeciśniętymi przez praskę ząbkami czosnku.

Po dwóch, trzech minutach, kiedy smaki się połączą, zalewamy zawartość garnka wodą i gotujemy wszystko pod przykryciem, na niewielkim ogniu, przez 20 minut, co jakiś czas mieszając. Warzywa z pewnością w tym czasie zmiękną i oddadzą wodzie wszystko, co w nich najsmaczniejsze.

W trakcie gotowania sprawdzamy, czy uzyskany smak na pewno nam odpowiada. Dodajcie tego, czego Wam najbardziej brakuje – to ma być Wasza zupa, jedynie na mojej bazie!

Po dwudziestu minutach jesteśmy w stanie krem ze szparagów zmiksować. Ja przed tą czynnością odstawiam na jakieś pięć, siedem minut zupę, aby trochę ostygła i „uspokoiła się”. Po tym czasie traktuję ją blenderem na gładką masę. Nie powinna wyjść bardzo gęsta.

Uwielbiam, kiedy krem ze szparagów dopełnia pokrojony w kawałki, kremowy ser. Wybrałam więc camembert, który wrzucony do zupy przyjemnie zmięknie, ale w wyraz trzymać go będzie biała skórka.

krem ze szparagów

Jak widać, mistrzynią fotografii kulinarnej też nie jestem. ale… to jest pyszne!


Mam nadzieję, że spróbujecie przygotować swoją wersję kremu w tym tygodniu. Dajcie mi znać, jak wyszło!