Author Archives: Ola


zarządzanie czasem copywritera

Zarządzanie czasem copywritera – moich pięć żelaznych zasad!

Uwielbiam pracować ze słowem. Każdy tekst, który wychodzi spod mojej klawiatury jest częścią mnie, jest bowiem ucieleśnieniem idei, które powstają w mojej głowie – począwszy od najkrótszego tweeta, a skończywszy na dłuższych artykułach. Zarządzanie treściami jest jednak bardzo czasochłonne, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że tworzę je zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym.

Wyrabianie się z terminami to jedno, a zachowanie odpowiednio wysokiej jakości tworzonych tekstów, drugie. Obie kwestie są w pracy twórcy treści niezwykle ważne, a ich kombinacja składa się na nasz sukces. Słaby content, choć dostarczany w terminie, raczej się nie obroni, a spóźnianie się z dostarczaniem pracy na czas z pewnością przysporzy nam sporych kłopotów u zamawiającego. Przyznam się szczerze, że zdarzały mi się w życiu poślizgi, okupione oczywiście okrutnymi wyrzutami sumienia – nie cierpię nie dotrzymywać warunków umowy, gdyż to kłóci się z moją wewnętrzną potrzebą bycia we wszystkim perfekcyjną.

Dziś jednak nie jestem już tą samą Olą, która cztery lata temu zaczynała swoją przygodę ze słowem pisanym. Dziś rozumiem już, jak ważna jest każda minuta mojego dnia – zarówno tej części, którą spędzam w pracy, jak i czasu wolnego. Dlatego te 24 godziny staram się wykorzystać do maksimum, aby nie mieć do siebie pretensji, że mogłam coś zrobić, a przez lenistwo nie zdążyłam.

Jak jednak upewnić się, że sposób naszej pracy jest wystarczająco wydajny, a czas nie przecieka nam przez palce?  Zarządzanie czasem copywritera nie musi być trudne – sprawdźcie moje sposoby!

Zarządzanie czasem copywritera – moich pięć żelaznych zasad!

Naucz się mówić „nie”

Pewnie każdy z Was spotkał się kiedyś z sytuacją, kiedy zadania tak się spiętrzyły, że nie wiedzieliście, w co ręce włożyć. Takie momenty w szczególności uwielbiają przyciągać osoby, które chętnie zleciłyby nam jeszcze coś do zrobienia – tak, jakby ktoś chodził z megafonem i informował o tym, że chętnie wyręczymy naszych współpracowników w wypełnianiu ich obowiązków.

Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że mówienie „nie” nie należy do rzeczy najprostszych – zazwyczaj po prostu nie chcemy się kolegom narażać, odmawiając im pomocy. W końcu my też przecież możemy jej kiedyś potrzebować, prawda? Dlatego tak ważny jest sposób, w jaki zakomunikujemy ową odmowę – tu znajdziecie kilka praktycznych porad o tym, jak to „nie” powinno zabrzmieć, aby nikt nie uznał nas za gbura!

Uwierzcie mi, że jeśli wreszcie zaczniecie przeznaczać 100% czasu jedynie na wykonywanie swoich zadań, szybko odczujecie różnicę! Pozwoli Wam to przede wszystkim na maksymalne skupienie na tym, co do Was należy i tworzenie znacznie lepszych, bardziej dopracowanych tekstów.

Nie ulegaj rozpraszaczom

Spójrzmy prawdzie w oczy: zawsze, gdy tylko siadamy do pracy, wszystko zaczyna kusić dwa razy bardziej. Social media, książka, odcinek ulubionego serialu (zwłaszcza, kiedy pracujemy zdalnie), nawet głód zaczyna doskwierać znacznie szybciej niż zwykle. Znam to lepiej niż myślicie – natychmiast po rozpoczęciu pisania dźwięki z zewnątrz stają się znacznie intensywniejszej i rozpraszają moją ledwie osiągniętą koncentrację.

zarzadzanie czasem copywritera

A czasami zdarza mi się pracować w ten sposób 🙂

Dlatego zawsze, kiedy zaczynam swoją pracę, wyłączam WiFi i odkładam telefon na bezpieczną odległość, znacznie przekraczającą długość ręki, a w dodatku za moimi plecami. Kiedy ktoś dzwoni, mam okazję by wstać i ruszyć się z miejsca, a ponadto nie sprawdzam już kompulsywnie zawartości walli tylko po to, aby trzy razy przeczytać ten sam wpis. Ten sposób jest niezawodny, a efekty, choć żmudne do osiągnięcia, wyjątkowo satysfakcjonujące – nie tracę już czasu na wgapianie się w smartfon i konsumowanie miliona różnych treści. Znacznie lepiej skupiam się na moich zadaniach, przez co jestem też bardziej zadowolona z efektów!

Poza tym nauczyłam się tego, aby co chwila nie sprawdzać maila. Było to dla mnie niesamowicie trudne, gdyż staram się jak najszybciej odpowiadać na pytania moich współpracowników. Z doświadczenia jednak wiem, że zaraz po wszelkich rozpraszaczach powiązanych z telefonem, to właśnie emaile dekoncentrują mnie najbardziej.

Przygotuj listę zadań

Czy wiesz, że znacznie lepiej działamy, kiedy trzymamy się utartego planu? Opanowanie zamieszania jest najprostszym sposobem na maksymalne skupienie, gdyż znajomość następnych naszych kroków pozwala nam na kontrolowanie czasu, jaki na nie przeznaczamy. Oczywiście, chaos także potrafi być twórczy i rozwija kreatywność, ale niestety, to nie jest dobre rozwiązanie nie na dłuższą metę. Poprzez ujęcie zadań w sztywniejsze ramy wzrasta nasza efektywność – a przecież właśnie o to chodzi!

Tu mam dla Was coś w rodzaju podpunktu, czyli użyj narzędzi!

Sporządzanie listy zadań może odbywać się na wiele sposobów. Najłatwiej jest, oczywiście, wziąć kartkę i długopis, jednak ja wolę aplikację na smartfona, o czym pisałam Wam tu. Wypróbowałam już Todoist, Asanę, Trello, Podio oraz mojego TimeCampa, dzięki któremu dokładnie wiem, jak dużo czasu potrzebuję na napisanie tekstu o określonych wymogach lub wykonanie innego zadania. Regularnie wprowadzam też dane do mojego kalendarza (Google  Calendar), gdyż kontroli nigdy za wiele! Na podorędziu mam też zawsze ręczny notatnik, który służy mi do notowania ulotnych pomysłów i myśli.

Chwilka przerwy

Nasz mózg potrzebuje wytchnienia. Wyobraź sobie, że ćwiczysz wytrwale na siłowni, wylewając z siebie siódme poty, aby osiągnąć pożądane efekty. Niemożliwym jest, abyś wytrzymał/a to bez chociażby małej pauzy! Dokładnie tak samo jest z umysłem – on też potrzebuje odpoczynku, aby znów mógł wskoczyć na właściwe obroty.

zarzadzanie czasem copywritera

Zdrowe drugie śniadanie – dla mnie to najprzyjemniejszy rodzaj wytchnienia!

Dlatego tak ważnym jest, aby w trakcie tworzenia, które jest wysiłkiem typowo intelektualnym, zrobić sobie od czasu do czasu chwilę przerwy. Dla mnie oznacza to zazwyczaj dwie minuty spędzone z zamkniętymi oczami, aby uspokoić wzrok, przygotowanie posiłku albo, coraz częściej, seria prostych ćwiczeń fizycznych. Te drobne pauzy pozwolą Wam na zintensyfikowanie skupienia i dodadzą siły do wykonywania dalszych obowiązków, a co za tym idzie, skończycie swoje zadania znacznie szybciej niż sądzicie!

Wyznacz sobie czas

W pracy copywritera czy content designera często spotykamy się z tymi samymi rodzajami zadań. Teksty czy inne treści zazwyczaj są podobnych rozmiarów, dlatego bez przeszkód możemy określić, jak długo zajmie nam ich sporządzenie, łącznie z wszelkimi przygotowaniami. Znów wspomnę Wam tu o narzędziach do time trackingu, takich jak TimeCamp – wystarczy je tylko włączyć w momencie rozpoczęcia zadania, a apka sama zliczy nam spędzone na jego wykonaniu minuty i godziny.

Zdecydowanie ułatwia nam to zarządzanie czasem w naszym zawodzie – jesteśmy bowiem w stanie tak podzielić nasz dzień pracy, aby żaden z obowiązków nie ucierpiał kosztem drugiego. Wyobraźcie sobie, jakim szczęściem będzie napisanie trzech tekstów, zamiast dwóch? Ja byłabym z siebie dumna! I jestem, bo właściwe zarządzanie czasem oznacza nic innego, jak koniec zawalania terminów.

 

przepis na motywacje

Znajdź w sobie siłę, czyli gotowy przepis na motywację

Od kiedy pracuję zdalnie, każdy dzień jest dla mnie walką o  zmotywowanie się do wykonywania codziennych czynności. Uwierzcie mi, nie przesadzam, pisząc o walce – już od rana trwa we mnie wewnętrzna bójka między uciążliwym lenistwem, a wrodzoną chęcią do działania. I choć mój uporządkowany, codzienny plan rzadko kiedy ulega jakimkolwiek zmianom, bywają okresy, kiedy jest mi szczególnie trudno zadbać o to, by wszystkie zadania zostały wykonane na tip-top.

Zastanawiacie się pewnie, jak w takim razie funkcjonuję między domem, pracą a doktoratem, skoro nowy post zaczęłam od lamentów i narzekań. Ten wstęp zabrzmiał raczej jak spory akapit użalania się nad sobą. I wiecie co? Nie uważam tego za nic złego – każdy z nas potrzebuje tej jednej chwili, aby się wygadać i oczyścić umysł z zawracających nam głowę myśli. Ja zaś pozwoliłam sobie na małe „wypisanie się”, aby problemy nie przysłoniły mi zdrowego obrazu sytuacji – poza tym czy któreś z Was miałoby ochotę na czytanie mojego marudzenia? Szczerze wątpię!

Skoro etap biadolenia mamy już za sobą, mogę Was spokojnie zabrać w całkiem inspirującą podróż. Motywacja może nie jest najłatwiejsza do osiągnięcia, w drodze na szczyt nie ma miejsca na skróty i nadprogramowe przystanki, ale przy odrobinie szczerej chęci jesteśmy w stanie osiągnąć ten stan szybciej, niż się spodziewamy! Chcecie wiedzieć, jaki jest mój sposób na motywację? Nie przestawajcie czytać!

Znajdź w sobie siłę, czyli przepis na motywację

Traktuję słabość jako swojego przeciwnika

Pisałam Wam już kiedyś, że tkwi we mnie silny instynkt rywalizacji. Już od dziecka wynajdywałam sobie powody do przystąpienia do rozgrywki – uwielbiałam grać w gumę, klasy i inne gry, które wymagałyby ode mnie chęci współzawodnictwa. Być może to było powodem faktu, iż na każdym ze świadectw szkolnych w klasach 1-3 napisane było „ma silne zapędy przywódcze”. Zawsze lubiłam mieć ostatnie słowo!

Dlatego ze zmotywowaniem się też prowadzę swoistą grę. Okazuje się, że jest ona trudniejszym przeciwnikiem, niż myślałam – pogrywa bowiem nieczysto, kolaborując z lenistwem i prokrastynacją. Tymczasem ja nie zamierzam się jej poddawać, zwłaszcza, że mam zbyt mało czasu na to, by lenić się kosztem niewypełnionych obowiązków! Już od szóstej rano działam na maksymalnych obrotach, nie pozwalam sobie na spokojne kawki i śniadanka, które spowalniałyby narzucony od wstania z łóżka rytm. Wystarczy bowiem jedno zagapienie się, a rywal skorzysta z rozluźnienia koncentracji, a ja tej bitwy nie mogę przegrać! Zachowuję jednak przy tym zdrowy rozsądek i słucham swojego organizmu – przecież od każdej reguły może być wyjątek!

Zakładam się sama ze sobą

Nic nie działa na mnie lepiej niż wizja wygranej. Być może dziwnie to zabrzmi, ale jestem niezwykle podatna na metodę kija i marchewki, a moim warzywem zawsze są jakieś drobne przyjemności, które obiecuję sobie za dobrze wykonaną pracę. I jak tu tych obietnic nie spełnić, kiedy w perspektywie mam smakołyki lub jakąś drobnostkę, która może wylądować w mojej szafie? Albo nowy lakier hybrydowy, od których ostatnio się uzależniłam?

Oczywiście, nie postępuję tak w przypadku każdej najmniejszej pierdoły, bo bym zbankrutowała! Dzieje się tak przede wszystkim w przypadku, gdy wisi nade mną widmo dużego projektu, czegoś na kształt żaby do zjedzenia. Motywacja jest naturalną reakcją na zaiskrzenie we mnie wizji nagrody – pracuję wtedy znacznie szybciej i efektywniej, gdyż nie mogę doczekać się tego, co dostanę w zamian za trud włożony w napisanie artykułu lub wykonanie innego zadania. Spróbujcie działać w ten sposób, a efekty przejdą wszelkie oczekiwania!

przepis na motywacje

Lody w nagrodę? Brzmi pysznie!

Rozbijam większe projekty na mniejsze zadania

Wszyscy wiemy, jak trudno porządne zmotywowanie się, gdy przed nami rysuje się widmo wielogodzinnej pracy, której trzeba będzie poświęcić się przez następne X godzin. Dlatego zawsze, kiedy znajduję się w takiej sytuacji, staram się na samym początku przygotować sensowny plan i podzielić projekt na mniejsze zadania. Jest to o tyle wygodne, że dzięki trackowaniu czasu mam wtedy znacznie lepszy obraz sytuacji, jak rozporządzam swoim czasem.

Ten moment, który dzieli taski, to doskonała okazja do zregenerowania sił i przygotowania się do następnego zadania. W przerwach staram się poświęcić kilka minut na odprężające ćwiczenia, zamknąć na chwilę oczy i, co najważniejsze, zjeść posiłek! Perspektywa zjedzenia smacznego obiadu działa na mnie dokładnie w ten sam sposób, jak przyjemności opisane w punkcie drugim – tak nie mogę się go doczekać, że staram się zakończyć zadanie jak najszybciej (pilnując oczywiście, aby osiągnąć przy tym jak najlepsze rezultaty). Tak, jestem uzależniona od jedzenia…

Żyję sukcesem, nie porażką

Rzadko kiedy pozwalam sobie na rozpamiętywanie. Zazwyczaj zbiega się to z wydarzeniami, które wpływają na mnie naprawdę dołująco – chyba każdy z nas zna taki stan, w którym ze złego nastroju jest w stanie wyłowić nas jedynie obecność drugiej osoby lub jedzenie (pewnie myśleliście, że napiszę coś o czekoladzie, ale od takiej tabliczki zdecydowanie bardziej wolę paczkę czipsów).

Kiedy jednak jestem w dobrej formie psychicznej, staram się uparcie trzymać swoich sukcesów. Pamięć o nich pozwala mi skupić się na tym, by doprowadzić swoje projekty do końca, nie zapominając o zachowaniu najwyższej jakości swojej pracy. Każde kolejne osiągnięcie przekuwam w solidną porcję dobrej energii, z której korzystam każdego dnia. Korzystanie z dobrodziejstw dobrego samopoczucia pozwala m utrzymać samodyscyplinę, tak, abym nie straciła rezonu. Następne sukcesy oznaczają bowiem jeszcze większą porcję tych pozytywnych wibracji, które odpowiedzialne są za odpowiedni poziom motywacji!

przepis na motywacje

Moje wymarzone, nawiększe ostatnio osiągnięcie!

Uśmiecham się do siebie

Mój poranny rytuał zawsze zaczynam od przyjęcia tabletek na tarczycę i wstawienia wody na herbatę. Następnie udaję się do łazienki, aby oczyścić twarz po przespanej nocy, ale zanim to zrobię, staję przed lustrem i wysyłam samej sobie promienny uśmiech. Wiem, że wydaje się Wam to niesamowicie dziwne, ale uwierzcie mi, jest niezwykle potrzebne. Dlaczego to robię?

Już od rana chcę przekazać sobie porcję pozytywnej energii! Kiedy się uśmiecham, czuję się piękniejsza, bardziej pewna siebie i przekonana o tym, że wszystko, co sobie założyłam, zakończy się powodzeniem. Jestem też gotowa na to, aby obdarzać uśmiechem wszystkich dookoła, nie szczędząc go zwłaszcza swoim najbliższym. Śmiech sprawia, że chce mi się żyć – a czyż może być lepszy powód do tego, aby być zmotywowanym już każdego poranka?


A jaki jest Wasz przepis na motywację? Podzielcie się ze mną w komentarzach swoją receptą na sukces!

krem ze szparagow

Wiosna na talerzu, czyli delikatny krem ze szparagów

Jestem mistrzynią kuchni prostej – mam w zanadrzu tysiąc pomysłów na obiady gotowe w pół godziny. Kiedy trzeba, potrafię jednak zmobilizować się do ugotowania potrawy znacznie trudniejszej, chociażby aromatycznego, długo gotowanego gulaszu. Z kolei jestem kompletną nogą, jeśli chodzi o pieczenie… Moje wypieki nadają się jedynie dla miłośników wielosmakowych zakalców. Nie zmienia to jednak faktu, że kocham gotować.

Pichcenie mnie odpręża, sprawia, że z mojej głowy w oka mgnieniu znikają dręczące mnie koszmary. A że uwielbiam, też jeść, przy okazji dogadzam sobie każdym posiłkiem jak niezwykłym rarytasem.

Dlaczego? Bo jedzenie nie ma tylko napełniać brzucha. Ma smakować i pieścić nasze kubki smakowe!

Dlatego dziś mam dla Was przepis na zupę w czterdzieści minut. Pyszny krem ze szparagów, aromatyczny i zarazem lekki obiad, który z pewnością zadowoli przynajmniej cztery głodne osoby! A ten kolor… soczysta zieleń, która tak cieszy oko, że aż chce się po posiłku wybrać na długi spacer wśród kwitnących drzew i kwiatów.

Zobacz też: Przepis na zupę z czerwonej soczewicy

Delikatny krem ze szparagów

Składniki:

  • Pęczek zielonych szparagów,
  • Nieduża cukinia,
  • Mała czerwona cebula,
  • Dwa ziemniaki,
  • Trzy ząbki czosnku,
  • 700 ml wody
  • Dwie łyżki oleju rzepakowego
  • Przyprawy: sól, pieprz, bazylia, tymianek, kolendra
  • Opcjonalnie: kawałki sera camembert

 

Sposób przygotowania:

Od szparagów odłamujemy twarde końcówki, nie przydadzą nam się w trakcie gotowania. Kroimy je na mniejsze kawałki i odstawiamy na bok. Ziemniaki obieramy i kroimy w małą kostkę. Rozgrzewamy garnek z olejem, cebulę kroimy w kosteczkę i wrzucamy do środka. Gdy się zeszkli, do garnka dokładamy ziemniaki i pozwalamy im się trochę przesmażyć, mieszając od czasu do czasu, aby nie przywarły. Cukinię również kroimy w ten sam sposób i po trzech, czterech minutach dokładamy do ziemniaków. Po kolejnych dwóch minutach wrzucamy też szparagi – najpierw łodyżki, a po minucie główki. Doprawiamy solą, pieprzem bazylią, tymiankiem i kolendrą, a także przeciśniętymi przez praskę ząbkami czosnku.

Po dwóch, trzech minutach, kiedy smaki się połączą, zalewamy zawartość garnka wodą i gotujemy wszystko pod przykryciem, na niewielkim ogniu, przez 20 minut, co jakiś czas mieszając. Warzywa z pewnością w tym czasie zmiękną i oddadzą wodzie wszystko, co w nich najsmaczniejsze.

W trakcie gotowania sprawdzamy, czy uzyskany smak na pewno nam odpowiada. Dodajcie tego, czego Wam najbardziej brakuje – to ma być Wasza zupa, jedynie na mojej bazie!

Po dwudziestu minutach jesteśmy w stanie krem ze szparagów zmiksować. Ja przed tą czynnością odstawiam na jakieś pięć, siedem minut zupę, aby trochę ostygła i „uspokoiła się”. Po tym czasie traktuję ją blenderem na gładką masę. Nie powinna wyjść bardzo gęsta.

Uwielbiam, kiedy krem ze szparagów dopełnia pokrojony w kawałki, kremowy ser. Wybrałam więc camembert, który wrzucony do zupy przyjemnie zmięknie, ale w wyraz trzymać go będzie biała skórka.

krem ze szparagów

Jak widać, mistrzynią fotografii kulinarnej też nie jestem. ale… to jest pyszne!


Mam nadzieję, że spróbujecie przygotować swoją wersję kremu w tym tygodniu. Dajcie mi znać, jak wyszło!

 

10 darmowych aplikacji na Androida, które oszczędzają czas! [SAMA UŻYWAM]

Już od kilku lat jestem aktywną użytkowniczką smartfona. Nie korzystam z niego jednak jedynie do dzwonienia, esemesowania i przeglądania Facebooka. Staram się wycisnąć z niego tak wiele, jak się da, a moi bliscy często podkreślają, że jestem człowiekiem-aplikacją :).  Kiedy pojawi się jakaś kwestia do rozwiązania, znalezienie odpowiedniego narzędzia, nie stanowi dla mnie żadnego problemu – wystarczy bowiem wiedzieć, czego i gdzie szukać!

Od kiedy zaczęłam przykładać większą wagę do organizacji swojego czasu, postanowiłam, że zamienię swój telefon z Androidem w naprawdę sprytną maszynkę. Sprawdźcie, jakich narzędzi używam, aby oszczędzić swój czas i stać się jeszcze bardziej produktywną.

10 darmowych aplikacji na Androida, od których jestem uzależniona!

  1. Todoist

Przetestowałam w ostatnich czasach kilka narzędzi do sporządzania list to-do i kontrolowania progresu swoich działań. Nie sprawdziły się u mnie też techniki papierowe, takie jak Bullet Journal, więc potrzebowałam niezawodnej apki, która za mnie uporządkuje mój dzień. W pracy zetknęłam się z Todoist – nieskomplikowaną, cudowną w swojej prostocie aplikacją, która do tego urzekła mnie nierozpraszającym designem. Dzięki niej, z łatwością łączę zajęcia na doktoracie z pracą, a dodatkowo bez trudu znajduję czas na czytanie, gotowanie i resztę moich pasji. I choć nadal staram się dodać mojemu życiu trochę spontaniczności, cieszę się, że wreszcie mam kontrolę nad moim prywatnym chaosem!

10 darmowych aplikacji na Androida

Źródło: http://androidwidgetcenter.com/

Cena: darmowy | Google Play

  1. TimeCamp*

Zdradzę Wam swój mały sekret… Mój dzień rozszerzył się o dodatkową godzinę!

Niemożliwe? Nic bardziej mylnego!

Wystarczyła jedna prosta aplikacja, bym wreszcie zapanowała nad uciekającym w zastraszającym tempie czasem. TimeCamp, bo o niej mowa, to time tracking software, czyli typowy śledzik. Dokładnie wie, co robisz na swoim komputerze lub smartfonie i sporządza dla ciebie szczegółowe raporty. Na ich podstawie możesz w prosty sposób stwierdzić, które z aktywności zabierają ci najwięcej produktywnego czasu (i dlaczego zazwyczaj jest to Facebook).

TimeCamp jest prosty w użytkowaniu, zwłaszcza w trybie automatycznego trackowania czasu. Oznacza to, że jeżeli pracujesz nad wieloma sprawami, nie musisz co chwila zmieniać projektu – aplikacja sama rozpoznaje, nad czym właśnie najbardziej się skupiasz i przypisuje ten czas do konkretnej grupy.

Dzięki TimeCampowi mam pewność, że każdą cenną minutę mojego dnia mam pod kontrolą. Nie pozwalam im uciec i z łatwością rozróżniam czas produktywny od bezproduktywnego. Dni, gdy jedną ręką obsługiwałam komputer, a drugą telefon z Facebookiem minęły bezpowrotnie. Jestem w stanie zrobić znacznie więcej w trakcie pracy, bez problemu znajduję w tygodniu godzinkę na pielęgnowanie spraw związanych z doktoratem, a dodatkowo mam więcej czasu dla siebie.

I absolutnie z tego powodu nie narzekam 🙂

10 darmowych aplikacji na Androida

Źródło: https://www.timecamp.com

Cena: darmowy | Google Play

  1. Slack

Każdy, kto chociaż raz pracował zdalnie, doskonale wie, jakim wyzwaniem jest w tym przypadku sprawna komunikacja między pracownikami. Wszelkie opóźnienia i utrudniony przepływ informacji wpływają bezpośrednio na efekty całego zespołu – zadania wykonywane są wolniej i mniej efektywnie.

Dlatego właśnie na komputerze i telefonie zawsze jest ze mną Slack, czyli miejsce rozmów i wymiany plików, z którego korzysta moja firma.

Dzięki niej ograniczyliśmy wiszenie na telefonie, niekończące się łańcuszki maili i swobodne komunikaty zostawiane za pomocą smsa czy na Facebooku. Slack jest niemalże łopatologiczny w swojej prostocie – składa się z okna rozmów i belki z kontaktami. Za jego pośrednictwem można toczyć ogólne rozmowy w większym gronie, zamknięte grupowe konwersacje czy gadać jeden na jeden. Do tego dochodzi swobodne przesyłanie plików i możliwość integracji z innymi softami.

10 darmowych aplikacji na Androida

Źródło: https://androidinfo.net/

Cena: darmowy | Google Play

  1. Blix

Jestem wierną fanką gazetek z ofertami najróżniejszych sklepów. Nie kolekcjonuję ich, ale uwielbiam być na bieżąco z przecenami i za ich pomocą przygotowywać jadłospis na tydzień do przodu. Blix umożliwia mi przeglądanie papierowych ulotek w swoim telefonie i zapisywanie, co warto kupić z danej gazetki. Czyż to nie wygodne? Jadąc tramwajem do sklepu jestem w stanie stwierdzić, czego będę potrzebować, a później w prosty sposób sporządzić listę zakupową.

Plusy? Same! Kupuję mniej, za mniejsze pieniądze, a w dodatku wszystko to, na czym mi najbardziej zależy. Idealnie!

10 darmowych aplikacji na Androida

Źródło: http://softonet.pl

Cena: darmowy | Google Play

  1. Duolingo

Staram się wykorzystać swoje 24 godziny do maksimum, dlatego nawet, gdy jadę tramwajem lub autobusem, spędzam ten czas produktywnie. Zazwyczaj oznacza to przeczytanie rozdziału książki, ale odkąd zainstalowałam na swoim telefonie Duolingo, uczę się języków w biegu. Z początku było to tylko przyswajanie nowych słówek z angielskiego, ale od niedawna postanowiłam zgłębić podstawy portugalskiego. Nie będę może ekspertem w sprawie tłumaczeń fado, ale kiedy już wreszcie trafię do tego pięknego kraju, być może uda mi się porozumieć na podstawowym poziomie!

10 darmowych aplikacji na Androida

Źródlo: https://www.lingualift.com/

Cena: darmowa | Google Play

  1. Mój kalendarzyk

Ilekroć udawałam się do ginekologa, na pytanie „kiedy ostatnio miała pani okres?” udzielałam wymijającej, niezbyt precyzyjnej odpowiedzi. Nie dlatego, że miałam coś do ukrycia, tylko po prostu zawsze zapominałam o tym, aby zaznaczyć ten dzień w papierowym kalendarzu. Mój kalendarzyk sam przypomina mi o tym, że powinnam zaznaczyć dzień rozpoczęcia okresu – wylicza na podstawie wcześniejszych danych, ile będzie trwał cykl, przypomina o wzięciu tabletki, a dla tym kobietom, które planują zajście w ciążę, udziela informacji o płodności w danym dniu.

Teraz za każdym razem, gdy jestem u lekarza, wystarczy tylko wyciągnąć telefon :).

10 darmowych aplikacji na Androida

Źródło: http://alessabeauty.blogspot.com/

Cena: darmowa | Google Play

  1. mobileMPK

Jestem osobą, która przemieszcza się za pomocą własnych nóg i komunikacji miejskiej. Posiadam prawo jazdy, ale chyba nigdy nie dorobię się własnego samochodu. Pasjonuje mnie motoryzacja, ale kierowca ze mnie żaden – kilka lat temu stłuczka skutecznie odarła mnie z chęci siadania za kierownicą.

W ciągu tygodnia dość intensywnie poruszam się w różnych kierunkach po Olsztynie, dlatego lubię mieć przy sobie aktualny rozkład jazdy, tak aby z wyprzedzeniem móc określić, ile minut zostało mi do odjazdu autobusu czy tramwaju. Dzięki mobileMPK udaje mi się to szybko i sprawnie – wybieram przystanek, z którego odjeżdżam, zaznaczam docelowy i otrzymuję szczegółowy wykaz połączeń. Apka jest niezwykle przydatna zwłaszcza wtedy, kiedy napędza mnie pośpiech!

10 darmowych aplikacji na Androida

Źródło: http://www.transport-publiczny.pl/

Cena: darmowa | Google Play

  1. Google Drive

Praca zdalna oznacza nie tylko ciągłe siedzenie w domu przy komputerze, ale również bycie w stałym kontakcie nawet wtedy, gdy się przemieszczam. Jestem aktywną użytkowniczką telefonu i doceniam również to, że wystarczy jedna aplikacja, by mieć przy sobie wszystkie potrzebne w pracy dokumenty. Moja firma korzysta z Google Drive, więc i ja używam tej aplikacji do przechowywania danych. Pozwala mi w prosty i szybki sposób dzielić się ze współpracownikami i znajomym plikami o różnym formacie i wielkości.

10 darmowych aplikacji na Androida

Źródło: http://www.theandroidsoul.com/

Cena: darmowa | Google Play

  1. Feedly

Codziennie znajduję milion rzeczy, które chciałabym przeczytać. Nie zawsze mam jednak czas, by to zrobić, gdyż często trafiam na te artykuły w trakcie pracy. Feedly pomaga mi katalogować wszystkie te strony, tak, aby nie tworzyć stu folderów w moim Chrome, w których i tak nic bym nie znalazła. Korzystam z osobnej aplikacji i nie zaśmiecam swojego telefonu. Czyż to nie wygodne?

10 darmowych aplikacji na Androida

Źródło: https://thenextweb.com/

Cena: darmowa | Google Play

  1. Pusta Miska

Tę apkę zostawiłam sobie na koniec, gdyż tak naprawdę nie wpływa w żaden sposób na moją produktywność. Dzięki niej nie zapominam jednak, aby codziennie kliknąć w zieloną, pustą miskę i napełnić ją karmą – w wirtualny sposób przekazać prawdziwe jedzenie dla polskich schronisk. Zanim powstała ta aplikacja, zapominałam wchodzić na stronę pustamiska.pl. Dziś uruchamiam ją w trakcie porannej prasówki na telefonie, by nie zapomnieć podzielić się dobrocią ze zwierzakami.

10 darmowych aplikacji na Androida

Źródło: play.google.com

Cena: darmowa | Google Play


Mój telefon to moja twierdza – strzeże upływającego czasu, sprawuje nadzór nad codziennymi sprawami, a także pozwala mi mieć kontrolę nad najważniejszymi dla mnie aktywnościami.  Nie wyobrażam sobie funkcjonowania bez wymienionych wyżej aplikacji, przyzwyczaiłam się bowiem do wsparcia, którego mi udzielają. Życie z nimi stało się dużo prostsze, choć przyznam, że nawet najsprytniejsze narzędzie nie zastąpi jasnego, spokojnego umysłu.

A wy, z jakich aplikacji korzystacie na co dzień?

 

*TimeCamp jest aplikacją, dla której pracuję.

czytnik ksiazek

5 powodów, dla których wybieram czytnik książek!

Za każdym razem, gdy wybieram się w sentymentalną wycieczkę w odmęty mojego dzieciństwa, przed oczami stają mi dwie sytuacje. O dziwo, nie są one związane z jedzeniem, chociaż w tle majaczy zawsze jakaś przekąska. Pierwszą z nich jest zapatrzenie w lecące na Polonii 1 moje pierwsze, japońskie bajki, początek przygody z tym rodzajem animacji, który odrodził się we mnie w czasach gimnazjum. Ciekawe, czy zgadniecie, co marzy mi się jako drugie?

Jeśli obstawialiście książki, wygraliście! Od momentu, kiedy nauczyłam się czytać, totalnie uległam zauroczeniu światem złożonym z literek. Wpadłam po uszy w najpiękniejsze uzależnienie – ciągłą potrzebę czytania książek. To nałóg, który w połączeniu z ukochaną muzyką daje mi ukojenie, spokój ducha i ciągły dopływ wrażeń. A nietrudno było się w nim zatracić…

Jeszcze dwa lata temu byłam zagorzałą zwolenniczką papierowych książek – tak, jak każdy tradycyjny bibliofil zakochana byłam w zapachu papieru, w samej czynności przerzucania stron i przyjemnego ciężaru egzemplarza w torebce. Z wiekiem jednak coraz bardziej zaczęłam odczuwać tę wagę i potrzebowałam znacznie lżejszego, bardziej mobilnego rozwiązania, choć zarzekałam się, że czytnika nie kupię. Tymczasem, już w kilka miesięcy później, byłam dumną posiadaczką niezwykle wygodnego, kompaktowego Kindle’a Touch 7, a przyjaźń z tą niewiele większą od telefonu deseczką zaczęła kwitnąć. Dziś się nie rozstajemy, a ja, kupując nową torebkę, zawsze sprawdzam, czy mój czytnik się do niej zmieści.

czytnik ksiazek

Źródło: kwejk.com/Sarah’s Scribbles

I choć zdarza mi się jeszcze czytać książki w tradycyjnym formacie, znacznie częściej inwestuję w ebooki, zwłaszcza wtedy, kiedy księgarnie internetowe urządzają promocje. Potrafię się wtedy naprawdę obłowić (chociaż mój stan konta poważnie cierpi z tego powodu). Papierowe egzemplarze dostaję albo w prezencie, albo nabywam je wtedy, kiedy tom nie posiada wersji cyfrowej. Zdarza się to jednak coraz rzadziej, gdyż nowości zazwyczaj natychmiast wychodzą w formie elektronicznej, a starsze publikacje także bywają digitalizowane.

Ale dość już ględzenia – sprawdźcie, dlaczego wciąż jestem dumną posiadaczką czytnika.

Czytnik książek? Oczywiście!

Jest dla mnie znacznie wygodniejszym rozwiązaniem

Czytnik książek jest niezwykle praktyczny! Ta mała deseczka ma wystarczająco dużą pojemność, aby pomieścić moją prywatną, elektroniczną biblioteczkę powieści i innych publikacji, które czytam/czytałam w ostatnim czasie. Ponadto nie zajmuje wiele miejsca w torebce, a waży tylko ciut więcej niż mój telefon. Niezależnie od tego, czy siedzę w domu, na uczelni czy w parku, czekam na kogoś w kawiarni bądź jadę tramwajem, w wygodny sposób oddaję się przyjemności czytania. Poza tym w kilka minut mogę kupić kolejną książkę, gdy skończę czytać poprzednią – kiedyś zdarzyło mi się dokonać zakupu w trakcie krótkiej chwili oczekiwania na wejście do gabinetu lekarskiego.

Komfort czytania

Czytnik książek zapamiętuje za mnie miejsce, w którym skończyłam czytać. Co za komfort, zważywszy na to, jak często zakładki wypadają mi z tradycyjnych książek, a ja nie pamiętam później numeru ostatniej przeczytanej strony! Dzięki Kindle nie muszę także skakać po rozdziałach, aby znaleźć interesujący mnie fragment, gdyż wystarczy tylko wpisać wybraną frazę, a czytnik sam ją znajdzie. Do tego ebook znacznie lepiej znosi transport niż tradycyjna książka – nie gniecie się, rogi się nie podwijają, a strony nie wypadają (tak, jak w przypadku klejonych egzemplarzy) podczas intensywnego czytania.

czytnik ksiazek

Mój mały przyjaciel – nosi ślady używania, ale wciąż cieszy mnie komfortem czytania!

Doskonale sprawdza się w podróży

Nie jestem może bardzo aktywną podróżniczką, bo Olsztyn opuszczam zazwyczaj tylko w dwóch przypadkach – jadąc do rodziców, albo do mojej siostry, do Rzeszowa. Poświęcam jednak lwią część czasu przejazdu na przeczytanie kilku rozdziałów książki i zdarza się czasami, że po prostu skończę ją całą. Czytnik jest znacznie wygodniejszy nie tylko ze względu na swoją wagę i gabaryty, ale także dzięki swojej pojemności – nie muszę się martwić, że resztę wojaży spędzę w poczuciu niedostatku lektury, gdyż zawsze mam jakąś zaległą powieść w zanadrzu.

Ebooki są tańsze niż tradycyjne książki

Nie jest to może jakaś diametralna różnica w cenie, ale uwierzcie mi, że kiedy kupuje się kilka książek naraz, te dwa-trzy złote na egzemplarzu znaczy naprawdę wiele. Do tego udaje mi się upolować, dzięki regularnemu śledzeniu promocji na portalu swiatczytnikow.pl naprawdę przyjemne promocje! Ponadto często składamy się z siostrą, także właścicielką czytnika, na zakup konkretnej pozycji. Cena dzieli się na dwoje, a żadna z nas nie musi czekać na swoją kolej czytania – obie otrzymujemy książkę w tym samym czasie!

Czytnik stanowi moją biblioteczkę, zajmując mniej miejsca w mieszkaniu

Książki od zawsze stanowiły dla mnie ważny element wyposażenia mieszkania. W moim domu rodzinnym półki uginają się od różnego rodzaju woluminów, ja też przez jakiś czas kompletowałam swoją kolekcję wydawnictw papierowych. Jednak ze względu na brak przestrzeni w miejscach, w których ostatnio mieszkam, czytnik jest dla mnie niezwykle wygodnym rozwiązaniem. Zazwyczaj po prostu leży sobie na stoliku kawowym, mieszcząc w sobie kilkadziesiąt książek, które w swojej fizycznej formie zajęłyby pewnie wszystkie dostępne półki w wynajmowanym przeze mnie mieszkanku. W przyszłości, kiedy będziemy posiadać z B. swoje własne lokum, pewnie z przyjemnością będziemy inwestować w tomy w tradycyjnym formacie, jednak na razie wariant cyfrowy zwycięża ze względu na swoją praktyczność.


Wiecie, że od kiedy przerzuciłam się z tomów papierowych na ebooki, znacznie częściej czytam? Doskonale wiem, że od pochłaniania książek nie powinno być wymówek, ale był taki moment, gdy rzadziej sięgałam po ulubione powieści ze względu na niski komfort podróżowania z książką w tradycyjnym formacie. Obecnie bez problemu „wyrabiam” swoją tygodniową normę, niemalże śpiąc z czytnikiem. I choć ma on już swoje dwa lata i nie posiada bajeranckich funkcji, jak te dostępne na obecnym rynku, uwielbiam go i polecam każdemu. Bateria starcza mi na przynajmniej miesiąc czytania (cztery książki w ciągu czterech tygodni), nie przeszkadza mi brak podświetlenia, od którego tylko męczyłyby mi się oczy, a sprzęt nie zacina się i nie sprawia problemów.

Decyzja o kupnie czytnika była strzałem w dziesiątkę – ciekawe, czy i Wy się skusicie!

inspirujących piosenek

10 inspirujących piosenek na dobry dzień – działają lepiej niż kawa!

Nie spotkałam jeszcze osoby, która nie narzekałaby na to, jak trudno jest jej zachować odpowiedni poziom energii o poranku. Ja mam z tym kłopot co rano, chociaż nie mam przy tym problemu ze wstaniem – codziennie jestem na nogach od siódmej rano (choć przyznam szczerze, że budzik dzwoni już po szóstej, jestem typowym drzemkowiczem!). Codzienne obowiązki wzywają nas do działania, chociaż jedyne, o czym marzymy, to powrót do łóżka i zatopienie się w przyjemnym cieple kołdry i poduszki.

Takie zachowanie to najprostszy sposób na to, aby notorycznie spóźniać się do pracy. Nawet wtedy, kiedy pracuje się w domu, ociąganie się prowadzi wprost do opóźniania codziennego tempa. Dlatego właśnie cudownie jest zacząć dzień od porządnego zastrzyku energii, i nie mówię tutaj o kubku kawy (który kompletnie na mnie nie działa).

O czym mowa? O odpowiedniej oprawie muzycznej!

O rytmicznych, skocznych melodiach, które uwolnią w nas dobry humor i poprawią psychiczne i fizyczne podejście do nowego dnia.

Dlatego dziś proponuję Wam 10 inspirujących piosenek, które stanowią poranny soundtrack w moim domu!

Somewhere Over The Rainbow – Israel Kamakawiwo’ole

Idealny utwór na poranny rozruch. Spokojna, wolniejsza niż wszystkie pozostałe, melodyjna. Doskonały do tego, aby przez całą długość jego trwania decydować się, czy już czas wychylić nogi i ręce zza kołdry :).

Do you want to – Franz Ferdinand

Już pierwsze dźwięki tej piosenki wprawiają mnie w dobry nastrój. Jest tak skoczna, że biodra aż same rwą się do tańca! Poza tym samo ciśnie się na usta, by zaśpiewać z Alexem Kapranosem „I’m gonna make somebody love me”.

Walking on Sunshine – Katrina and the Waves

Nie bez powodu ta piosenka wykorzystywana jest w wielu reklamach, chociażby obecnie w spocie Danio w starym Irving Tea – te dźwięki sprawiają, że po prostu nie można przestać się uśmiechać!

Wake Me Up Before You Go-Go – Wham!

Utwór ten pojawił się w moim porannym zestawieniu 10 inspirujących piosenek trochę mimolnie. Nigdy nie byłam wielką fanką Wham!, jestem z tych, co znają ich tylko z radia, a „Last Christmas” katują w okresie świątecznym na potęgę. Ta piosenka ma jednak w sobie tak wielki urok, że trudno jest leżeć przy niej w łóżku. Uwierzcie mi, próbowałam, ale musiałam się poddać!

Feeling Good – Nina Simone

To niezwykle kobieca piosenka – zazwyczaj jej słuchanie kończy się w moim przypadku złapaniem szczotki i śpiewaniem razem z Niną przed lustrem. Poza tym trudno jest nie uwierzyć w jej słowa, które znakomicie nastrajają na nowy dzień.

Dog Days Are Over – Florence and the Machine

Florence z kompanią stworzyła utwór pełen pozytywnej energii – kolejny, do którego chce się tańczyć o poranku, wychwalając piękno nowego dnia. Spróbujcie nie klaskać w trakcie śpiewania! 🙂

Happy  – Pharrell Williams

Czyż to nie jest utwór tryskający radością? Szybki, rytmiczny i skoczny, pozwalający uwierzyć, że nowy dzień przyniesie tylko szczęśliwe chwile.

Tongue Tied – Grouplove

Za każdym razem, gdy słucham tej piosenki (a już zwłaszcza w wersji pochodzącej z serialu Glee), czuję się jak na imprezie, spędzając dobry czas z najbliższymi przyjaciółmi. Spróbujcie sami i zamieńcie swój poranek we wspaniałą zabawę!

Solid Rock – Dire Straits

Najczęściej słucham tej piosenki w wersji pochodzącej z albumu live pt. „Alchemy”. Za każdym razem udaję, że potrafię grać na gitarze jak Mark Knopfler, używając do tego kija od szczotki… Trochę szaleństwa z rana jeszcze nikomu nie zaszkodziło!

Happiness Loves Company – Red Hot Chilli Peppers

Czerwone papryczki mają na swoim koncie wiele wspaniałych utworów, ale to właśnie ten znalazł się jako ostatni w zestawieniu moich dziesięciu porannych piosenek. Dlaczego? Ponieważ każdy dźwięk, składający sie na cały utwór, jest tak radosny, że niepotrzebny jest mi już kubek kawy-placebo, aby się obudzić! Spróbujcie sami, naprawdę wprawia w dobry nastrój :).

 

Słuchanie muzyki relaksuje niemalże każdego z nas, o czym pisałam już kiedyś w poście dotyczącym wpływu dźwięków na produktywność. Znajome dźwięki pozwalają nam poczuć się komfortowo, zamieniając uciążliwy proces budzenia się o poranku w prywatny koncert, którego tylko my jesteśmy słuchaczami. Czyż to nie jest wyjątkowa chwila?


Jeżeli Wasz poranny soundtrack składa się z innych, równie inspirujących piosenek, podzielcie się nimi w komentarzach! Chętnie sprawdzę, czy potrafią mnie rozbudzić tak, jak Was!

schudnac bez diety

Czy da się schudnąć bez diety? Wypróbuj te trzy sposoby!

Znacie ten moment, kiedy decydujecie się na zmianę swoich przyzwyczajeń, gdyż w niedalekiej przyszłości czeka Was ważna uroczystość, na której chcecie świetnie wyglądać? Mnie dopada to średnio raz na dwa lata, kiedy gorączkowo szukam sposobów na to, by zmieścić się w wymarzoną sukienkę i nie pozwolić boczkom uwolnić się spod jej jarzma. W tym roku jest to ślub kuzyna, a ja mam aż kilkanaście nadprogramowych kilogramów do zgubienia.

Do dzieła!

Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić, czas więc zetknąć się z bolesną rzeczywistością. Chęci są ogromne, ale w momencie, kiedy cierpi się na chorobliwy, słomiany zapał, naprawdę ciężko jest zamienić je w czyny. Ale kiedy patrzę w lustro, a w moim mieszkaniu są aż dwie, pokaźne tafle, przeżywam małe rozczarowanie samą sobą i brakiem samozaparcia, które skutkują odkładaniem się tłuszczyku w najbardziej newralgicznych partiach ciała. Dodatkowo, mam problem z tarczycą, która nie uławia mi zadbania o swoją wagę.

Mimo regularnego przyjmowania leków i próbowania różnych diet, moja waga stoi niewzruszenie, a fałdki swobodnie wydostają się ze spodni, szpecąc sylwetkę. Zrozumiałam już, że cuda się w tej kwestii nie zdarzają, a jakiekolwiek próby szybkiego zrzucenia kilogramów oznaczają krótkotrwałe, niezadowalające efekty. I choć nie jadam na mieście, wszystkie potrawy przygotowuję w domu, z dobrej jakości produktów, nadal doskwiera mi tusza, co dotkliwie rujnuje mój dobry nastrój.

Wrócić do tych szczupłych dni…

Dlaczego tak trudno mi zaakceptować swoje większe ciało? Dlatego, że już kiedyś poznałam smak bycia szczupłą osobą. Cztery lata temu ważyłam 60 kilogramów, co przy moim wzroście było naprawdę wystarczające. Dzięki diecie dr Dukana schudłam wtedy 25 kilogramów (wiem, że krążą o niej sprzeczne opinie, ale przeszłam ją w pełnym zdrowiu – regularnie badałam się i dbałam o to, aby odpowiednio zbilansować jej reguły). Tęsknię za swoją sylwetką, za możliwością kupowania ubrań w średnim rozmiarze, a nie balansowaniem pomiędzy ikselkami.

I chociaż metoda dukanowska przyniosła fantastyczne efekty, nie zamierzam wracać do tak drastycznego reżimu dietetycznego. Nie chcę także stosować kategorycznej eliminacji jakichkolwiek składników – uwielbiam jeść i nie znoszę ograniczeń, dlatego te pół roku rezygnowania z ulubionych produktów w zupełności mi wystarczy.

Czy da się schudnąć bez diety? Sprawdź sama i wypróbuj te trzy sposoby!

Jedz regularnie!

Dlatego tym razem moja motywacja tkwić będzie w regularności posiłków. Od miesiąca prowadzę dziennik, w którym zapisuję to, co jem, ujęte w cztery posiłki w ciągu dnia. Są to:

  • I śniadanie,
  • II śniadanie,
  • Obiad,
  • Kolacja.
schudnac bez diety

Coś pysznego na najważniejszy posiłek dnia. I jak tu nie lubić śniadań?

Między wymienionymi posiłkami zachowuję przynajmniej trzygodzinne odstępy, co przy moim regularnym trybie życia nie jest szczególnym wyzwaniem. Podchodzę do tego jednak zdroworozsądkowo, pozwalając sobie na pewną elastyczność – nic się bowiem nie stanie, jeśli jednego dnia zjem obiad o 14:00, a drugiego o 14:15. System ten pozwala mi zaplanować to, co będę jadła w następnych dniach, a pisałam Wam kiedyś o tym, że staram się robić zakupy spożywcze raz, dwa razy w tygodniu.

Metoda ta pozwala mojemu organizmowi zregenerować się po każdym posiłku. Dzięki regularnemu dawkowaniu jedzeniowej przyjemności ma on szansę zakomunikować mi, że jest głodny i potrzebuje dopieszczenia – ja każą, nawet najmniejszą przekąskę, traktuję bowiem niemalże z namaszczeniem. Kontrola dostarczanego pokarmu oznacza także, iż jem mniej – dzięki zapisywaniu porcji w zeszycie jestem w stanie zweryfikować, jak dużo jem w ciągu tygodnia. Oznacza to niemalże całkowite wyeliminowanie podjadania!

Rusz się!

Jednak żadna dieta i żaden sposób zarządzania posiłkami nie byłby skuteczny, gdyby nie aktywność fizyczna. Muszę Wam się przyznać, że te cztery lata temu, kiedy moja waga oscylowała wokół wymarzonego poziomu, byłam zapaloną biegaczką – sport ten dawał mi sporą dawkę adrenaliny i przyjemności. Jednak ostatnimi czasy gnębi mnie wstręt do potu, a przecież bez niego nie da się ćwiczyć! Spocone uprawianiem sportu ciało powoduje u mnie dokuczliwy dyskomfort psychiczny i fizyczny, co sprawiło, że po kilku dniach jakichkolwiek ćwiczeń dawałam sobie z nimi spokój.

schudnac bez diety

A po wysiłku fizycznym czas na regenerację!

Dlatego dziś nie zmuszam się do niczego! Nie oznacza to jednak, że siedzę z czterema literami na kanapie i czekam, aż efekty same przyjdą. Mam raczej na myśli to, że sama decyduję o tym, jak wygląda moja aktywność fizyczna. Nie trenuję już z żadną z fit trenerek, a zamiast tego po prostu wykonuję codziennie zestaw ćwiczeń, które stanowią zdrowy bilans między spoceniem się, a codzienną dawką sportowej adrenaliny. Od kiedy regularnie się ruszam w troszkę bardziej zdecydowany sposób niż spacery, czuję się znacznie lepiej – lżej, lepiej śpię i mniej bolą mnie plecy.

Wiecie, co jednak najbardziej doskwiera mi podczas zmiany nawyków? Chęć na słodycze! Wiem, nie brzmi to jakoś szczególnie zaskakująco, ale dla mnie to naprawdę nowość – wolę bowiem potrawy wytrawne od wafelków i czekoladek. Tymczasem non stop chodzą za mną kawałek ciasta i grzeszne lody-kanapki z Lidla. Mój mózg wysyła mi sygnały o tym, że nie podoba mu się ukrócenie ciągłego dopływu energii, której dostarczałam mu podczas ciągłego podjadania. Oj, brakuje mu przekąsek, brakuje…

Skosztuj magicznej mikstury!

Jest jeszcze jeden nawyk, który wprowadziłam do codziennej, żywieniowej rutyny. Otóż na drugie śniadanie piję zawsze maślankę z siemieniem lnianym. To z kolei pomysł mojego B., który wyczytał, że mieszanka ta doskonale działa na oczyszczenie jelit z gromadzących się w nich odpadków. Przyznam się, że na mnie ta mikstura działa fantastycznie! Skończyły się moje problemy z zaparciami, układ pokarmowy działa na pełnych obrotach, a ja już przyzwyczaiłam się do ciągłego kupowania maślanki. Naprawdę polecam Wam wypróbowanie tego na własnej skórze – przekonacie się, że działa!

To już kolejne moje podejście do zmiany nawyków żywieniowych. Cały czas staram się trzymać tego, co obiecałam sobie kilka miesięcy temu, jednak potrzebowałam rygoru regularności. To właśnie ona utrzymuje mnie w ryzach unikania podjadania i wynajdywania najróżniejszych sposobów na to, by sięgnąć po coś z lodówki. Zobaczycie, do września zmieszczę się w niższy rozmiar. I zmienię swoje myślenie o samej sobie!

I zmienię swoje myślenie o samej sobie!

jestem kobietą

W czym tkwi moja siła? Jestem kobietą!

Jednym z moich najpiękniejszych wspomnień z dzieciństwa były wyjazdy do Jastarni, gdzie nasze domki były nad samym morzem. Dzięki zdjęciom zrobionym przez rodziców, wiem, że na pierwszym z wyjazdów miałam tylko dwa latka, byłam złotą blondyneczką, a jako spódniczkę użyłam… odpompowanego koła do pływania. I podobno byłam z siebie niezwykle dumna!

Dziś też jestem dumna z mojej kobiecości. Kocham być kobietą i to, co we mnie tę kobietę konstytuuje – cudowny mariaż nieokiełznanego umysłu i bujnej wyobraźni, pogodę ducha, subtelność i delikatność zmieszane z wytrwałością. Uwielbiam swoje długie włosy, nieidealne kształty, głos, który choć czasem brzmi męsko, doskonale wie, kiedy ma być niezwykle kobiecy. I choć na poczekaniu mogłabym wytknąć przynajmniej dziesięć mankamentów mojej urody, a po nich kolejne dziesięć spraw, które wymagają zmiany, jestem szczęśliwa, że czuję się kobietą.

W czym tkwi moja siła? Jestem kobietą!

Uwielbiam siebie taką, jaka jestem

Ale nie tylko tak oczywiste cechy sprawiają, że jestem świadoma swojej kobiecości. Paradoksalnie, gorsze radzenie sobie z typowo kobiecymi zadaniami nie jest dla mnie jej wyznacznikiem. Nie potrafię szyć? Trudno, za to świetnie radzę sobie z problemami mojego komputera. Każde upieczone ciasto jest zakalcem? I tak je zjem na podwieczorek po własnoręcznie zrobionej przepysznej zapiekance. Mam trudny charakter i bywam złośliwa? Oczywiście, a co więcej, uwielbiam to w sobie! A na dokładkę wniosę jeszcze na czwarte piętro kilka worków z klejem, a później wyniosę do śmietnika wiadra gruzu po zakończonym remoncie. Wszystko po to, aby nie musieli tego robić ludzie, których kocham.

jestem kobieta

Kwiatów nigdy dość…

Myślę. I jestem.

Moja kobieca siła tkwi nie w kształtach, lecz w umyśle! Stąd wymaga on nieustannej pielęgnacji i nowych doznań. Przyswajanie wiedzy, ciągłe zgłębianie meandrów wyobraźni i nabywanie nowych umiejętności sprawiają, że chce mi się żyć, dbać o siebie i wychodzić z domu… Dzięki niemu pragnę być. Umysłowe lenistwo nie wchodzi w grę, gdyż to właśnie w umyśle tkwi siła kobiecej zmysłowości. Chcę pociągać tym, co wiem i co rozumiem, a nie rozmiarem biustonosza.

Nie jestem stworzona do bycia matką

Moja wewnętrzna kobieta buntuje się zaś przeciwko twierdzeniu, że jednym z najważniejszych elementów kobiecości jest macierzyństwo. Nie czuję w sobie bowiem powołania do bycia matką i chęci do wydania na świat potomka – nie ma we mnie ni krzty tej pierwotnej siły, która nakazywała naszym pramatkom rodzić dzieci na chwałę otaczającego je świata. Niezmiennie irytuje mnie, gdy ktoś kwituje moje słowa w sposób „oj, nie mów tak, to przychodzi z czasem” lub „nie gadaj głupot, nie byłaś jeszcze matką, to nie wiesz, jak to jest”. Dlaczego tak trudno jest uszanować ten fakt, że skoro nie wiem, to nie chcę wiedzieć? Być może przyszłość przyniesie mi konieczność bycia czynną uczestniczką narodzin potomka, moment gdy poczuję, że to, co we mnie potencjalnie kiełkuje jest moje i chcę dać mu szansę posmakowania słodyczy i smutków tego świata. Wiem jedno – mój własny organizm chyba zaspał na ten moment, w którym miano zaprogramować we mnie otwartość na macierzyństwo!

jestem kobietą

Nawet jeśli za oknem leje deszcz, niech w Waszych umysłach świeci słońce!

Mam wybór

Bo bycie kobietą nie oznacza postępowania wedle schematu utrwalonego przez konwenanse. Nie muszę być mimozą wiecznie biegającą w koronkach i obcasikach, by czuć się człowiekiem płci żeńskiej. Nie muszę sterczeć w kuchni, dbać o podsycanie domowego ogniska, chodzić z przyklejonym do twarzy uśmiechem i w nieustannie dobrym humorze. Mogę to robić! I uwielbiam tę swoją wolność wyboru. To właśnie ona pomaga mi pielęgnować swoją kobiecość – pozwala jej żyć na pełnych obrotach, codziennie kwitnąć i spełniać się w sobie. Nie wyobrażam sobie momentu, gdyby ktoś miał mi tę wolność ograniczyć, lub co gorsza, zabrać. Nigdy nie wyrażę zgody, by mówiono mi, jak mam postępować. I choć nie pamiętam tego, co siedziało w głowie tej małej dziewczynki w spódniczce z koła, mam nadzieję, że już wtedy kiełkowało w niej poczucie własnej wartości.

I chcę ten wybór mieć!

Dlatego dziś, w tym symbolicznym dniu, dołączę do wszystkich kobiet, które myślą podobnie jak ja. I nie pójdę na marsz w Olsztynie sama – wesprze mnie bowiem mój B.! Chcę Wam, kochane dziewczyny, życzyć otwartości umysłu – abyście zawsze same wiedziały, co jest dla Was najlepsze. Otaczajcie się jedynie tymi ludźmi, którzy Wam dobrze życzą! Spełniajcie się w tych rolach, do których same czujecie się stworzone i walczcie o siebie. Niech Wasza mądrość i siła będzie dla Was drogowskazem!

Świat należy do mnie i do Was – bez naszego uśmiechu byłby koszmarem!

manicure hybrydowy

Recepta na piękne paznokcie? Manicure hybrydowy!

Malowanie paznokci zawsze było dla mnie czarną magią. Mogłoby się wydawać, że to jedno z najprostszych zadań kosmetycznych, znacznie prostsze niż narysowanie czarnej kreski na powiece, jednak zawsze mnie przerastało. Dlaczego właściwie mnie to przerastało?

Zawsze powtarzam, że trzęsą mi się ręce jak staremu alkoholikowi. Dlatego pędzelek dołączony do lakieru często wypadał mi z rąk, co oznaczało nie tylko pomalowane paznokcie, ale i wszystkie skórki dookoła (nie licząc smug na stole czy biurku). Właśnie to było jednym z powodów, dla których nigdy nie przywiązywałam wagi do tego, aby posiadać zadbane dłonie – służyły mi one po prostu do pracy, a nie do tego, żeby cieszyć wzrok. W dodatku już nałożony lakier odpryskiwał zaledwie po jednym dniu noszenia, co było równoznaczne z koniecznością powtarzania całego procesu od nowa….

Co oznaczało sromotne zrezygnowanie z dalszej walki o piękne paznokcie. Wszystko z jednego, prostego powodu – nie cierpię czekać, aż lakier wyschnie! Zaczyna mnie wtedy wszystko swędzieć, a zwłaszcza partie, które są niemożliwe do podrapania bez użycia palców.

Okazało się jednak, że istnieje lekarstwo na to na moją przypadłość. Zakładam, że nie będziecie zdziwieni, że to manicure hybrydowy! Pierwszy raz zetknęłam się nim na studiach – to właśnie wtedy Agata zadbała o moje paznokcie (dziękuję! <3). Pamiętam, że nie potrafiłam się wtedy zdecydować na żaden inny kolor niż czerwony, nie mówiąc już o wprowadzeniu jakichkolwiek zdobień. Wtedy przygoda z hybrydami trwała niezwykle krótko, nie doceniłam bowiem wygody, jaką daje ten rodzaj manikiuru. Och, durna ja… Przecież dłoń wygląda tak pięknie, kiedy posiada się piękne, zadbane paznokcie!

A gdyby tak spróbować znów?

Kiedy jednak nieco zmieniła się moja sytuacja życiowa, stwierdziłam, że warto wreszcie przestać obgryzać paznokcie. Niestety, ta przypadłość towarzyszyła mi od kiedy pamiętam. Doskonale zdaję sobie z tego sprawę (i zdawałam), że jest to wyjątkowo obrzydliwy nałóg, ale wtedy przymus obżerania był wyjątkowo silny. Skutkiem tego były jednak słabe, rozdwajające się, brzydkie paznokcie, o które na szczęście zadbała kosmetyczka z mojego miasteczka. Półtora roku temu Pani Kinga nałożyła mi tak cudne hybrydy, że chciałam pójść znów, spróbować kolejnego wzoru. Po prostu… Zakochałam się!

manicure hybrydowy

A to moje ostatnie hybrydy. Zakochałam się w kolorze 094 Pink Gold!

Po przeprowadzce do Olsztyna coraz trudniej było mi umawiać się do niej na wizyty, dlatego podjęłam decyzję o tym, aby zainwestować we własny zestaw do robienia manicure hybrydowego. Za każdym razem, kiedy odwiedzałam panią Kingę, podpatrywałam co robi, więc nie było to dla mnie rzeczą niemożliwą do wykonania. Jedyne, co musiałam okiełznać, to trzęsące się ręce – nie było łatwo, ale w końcu zrobiłam swoje pierwsze hybrydy! I byłam z tego niezwykle zadowolona.

Na jaki zestaw się zdecydowałam, czyli początek przygody z manicure hybrydowym

Był to właściwie mój prezent urodzinowy, którego nieświadomymi fundatorami byli moi rodzice :). Po wielu dniach poszukiwania, czytania opinii użytkowniczek i porównywania cen wybrałam zestaw startowy Semilac Effective z malutką, poręczną lampą 9V, idealną do przygotowywania hybryd w warunkach domowych. Mimo jej gabarytów i otwartych kształtów, jest naprawdę wydajna – opracowałam już własny sposób utwardzania lakierów, który na razie działa bez zarzutu. Sam zestaw zajmuje naprawdę niewiele miejsca, gdyż na razie (dokupiłam już kilka drobiazgów, w tym staram się powiększać swoją kolekcję lakierów) zajmuje całkiem zgrabne pudełko do butów ze sklepu internetowego Renee.pl.

manicure hybrydowy

Troszkę się już tego nazbierało…

W skład zestawu startowego wchodziły, oprócz lampy:

  • Semilac Base 7ml,
  • Semilac Mini 3 ml (022 Mint, 130 Sleeping Beauty, 032 Biscuit, 068 Delicate Red, 079 Dark Green),
  • Semilac Top 7ml,
  • Waciki bezpyłowe 250 szt,
  • Semilac Acetone 50 ml,
  • Semilac Nail Cleaner 50 ml,
  • Semilac Striper,
  • 2 drewniane pilniki,
  • blok polerski.

Nałożenie pierwszych hybryd zajęło mi mnóstwo czasu, gdyż wraz ze zdjęciem świątecznego wzoru przygotowywałam je przez ponad trzy godziny. Okazało się to jednak łatwiejsze niż myślałam! Krok po kroku, tak jak Pani Kinga i wedle instrukcji Semilaca, pomalowałam paznokcie kolorami Biscuit i Delicate Red. Troszkę nierówno, troszkę nieporadnie, ale udało się! Początek przygody z własnym zestawem do manicure hybrydowego przyniósł mi mnóstwo radości, gdyż udowodniłam sobie, że potrafię zrobić je bez niczyjej pomocy.

manicure hybrydowy

Uzależniłam się od powiększania swojego zestawu!

Następnym razem było już tylko łatwiej! Od zakupu mijają dziś dwa miesiące, a ja zdążyłam już pomalować w ten sposób paznokcie pięć razy (w tym zrobiłam swój pierwszy efekt syrenki!). W tym czasie zużyłam cały aceton, pół cleanera, wytarłam troszkę bloczek polerski i pilniki, a także pozbyłam się kilkudziesięciu wacików. Lampa działa bez zarzutu, wiec przyznaję, że zestaw ten był strzałem w dziesiątkę, to naprawdę dobry zakup! Lakiery, które wchodziły w skład tego kompletu zużyły się nieznacznie. Starczą mi jeszcze na długo, chociaż przyznam, że trudno powstrzymać mi się przed kupnem kolejnych…

Jeżeli wciąż zastanawiasz się nad tym, czy zacząć swoją przygodę z własnoręcznym robieniem manikiuru hybrydowego, nie wahaj się – to naprawdę nic trudnego! Wprawdzie to dość pracochłonne zajęcie, niewprawnej ręce zajmuje to znacznie więcej czasu niż kosmetyczce, ale pomyślcie sobie – to dwie godziny tylko dla Was i całkiem przyjemny sposób na mały relaks. Ja się już wciągnęłam, Ty też możesz! 🙂

przetrwać chorobę

Mój naturalny sposób na to, by łatwiej przetrwać chorobę

Stało się. Dwa tygodnie temu dopadło mnie choróbsko stulecia. Paskudna, męcząca grypa, która wyssała ze mnie niemalże całą dobrą energię, którą zdążyłam zgromadzić od momentu zakończenia sylwestrowej zabawy. I wiecie co? Chyba odzwyczaiłam się od chorowania, bo zapomniałam już, jak bardzo jęcząco-zrzędząca potrafię być, kiedy gorączka wzrasta ponad 39 stopni. 

To nieco spóźniony, walentynkowy post – pierwotne założenie było zupełnie inne, gdyż moja wyobraźnia zaniosła mnie w kierunku połączenia kuchni z muzyką. Dopadł mnie jednak taki światłowstręt, że jedyne, na co się zdobyłam, to wrzucenie przepisu na aromatyczny sos do makaronu, który miałam w zanadrzu.
Najbardziej jednak było mi wtedy żal pięknej pogody, bo oknem słońce świeciło tak pięknie, że chciałoby się wybiec z domu na dwór i cieszyć nim nie tylko oczy, ale i zziębniętą zimą skórę.

W tym całym gorączkowo-grypowym szaleństwie spokój odnalazł jedynie mój chłopak. Człowiek, który jedną miną rozbawia mnie do łez, a jednym słowem potrafi równocześnie rozgniewać, by za chwilę wywołać uśmiech na mojej twarzy. I wciąż zaskakuje mnie drobnymi gestami, w których znajduję swoją bezpieczną przystań.

Bo naturalny sposób na to, by łatwiej przetrwać chorobę, to obecność bliskiej osoby!

Obiad pod nos

Zmogło mnie w tym roku wyjątkowo – już dawno nie czułam takiej bezsilności, jak w piątek, gdy nadludzkim wysiłkiem było dla mnie dotarcie do szpitala, aby dostać się do nocnej opieki zdrowotnej. Brak energii spotkał się zaś z podstawowym objawem świadczącym o tym, że ruda jest chora – kompletnym brakiem apetytu. Tymczasem codziennie pod nos miałam podstawianą ciepłą zupę, jogurt czy kawałek pączka, żebym tylko mogła bezpiecznie zjeść porcję antybiotyków i leków przeciwwirusowych. W gratisie otrzymałam też pomoc w trafieniu łyżką do buzi… Uwierzcie mi, że dla mnie to kwintesencja szczęścia.

przetrwac chorobe

Bo smakujące jak chemiczna cytrynka lekarstwo smakuje znacznie lepiej z kubka od niego 🙂

Dobre słowo na zły dzień

W trudnych chwilach przekonuję się, jak ważne i potrzebne są proste gesty. Nie te wyszukane, związane z kupnem bukietu kwiatów, czy upominków, ale po prostu kilka miłych słów czy ekstra porcja drapanka po plecach. Kiedy siedzieliśmy w szpitalu, czekając na moją kolej, mój chłopak powiedział mi, że i tak wyglądam najpiękniej na świecie.

I wiecie co? Dokładnie tak się poczułam! To nic, że ciekło mi z nosa, każde kolejne zdanie musiałam przerywać przez atak kaszlu, a gorączka rozpalała mi policzki. Ktoś mógłby powiedzieć, że to mała porcja wazeliny, że to +10 do podlizywania się, ale uwierzcie mi, że dzięki tym słowom uśmiechnęłam się pierwszy raz w ciągu dnia. I choroba stała się znacznie łatwiejsza do zniesienia.

Przetrwać zły humor

Znacie kogoś, kto w trakcie choroby tryska optymizmem lub rozdaje uśmiechy na prawo i lewo? Ja na pewno nie należę do tego grona – staję się wówczas wyjątkowo markotna, jakby jakiś mały skrzacik włączył ukryty gdzieś we mnie przycisk uruchamiający dodatkowe pokłady smutku. I choć czuję, że resztki dobrego humoru próbują przedostać się przez mur nieprzyjemności, niezwykle trudno jest je ze mnie wydobyć.

przetrwac chorobe

Posprzątał mieszkanie i przyniósł kwiatki. A do tego podarował sporą porcję uśmiechu!

Dlatego dziwię się, że On nie uciekł, gdzie pieprz rośnie, słysząc pierwsze pokasływania i wydmuchiwanie nosa. Nie dość, że nie zdezerterował, to jeszcze gotował, przytulał i rozśmieszał! Dusza-człowiek, który dzielnie pilnował, aby w porę wyłączyć dźwięk w trakcie reklam podczas oglądania „Miodowych lat” na Ipli. A do tego łamał na połowę wielkie tabletki, które chyba tylko cudem można by było połknąć w całości podczas infekcji gardła. Wszystkie te gesty sprawiły, że znacznie łatwiej było mi znieść tę grypę dwudziestosześciolecia.

Zimowe choróbska są wyjątkowo trudne do zniesienia – pogoda nie sprzyja bowiem szybkiemu wyzdrowieniu, nie mówiąc o zachowaniu dobrego humoru. Dla mnie niezwykle ważna jest obecność kogoś bliskiego, osoby, która wytrzyma ze stokrotnie bardziej zrzędliwą wersją mnie samej, nie tracąc przy tym powodów do uśmiechu. To dzięki niemu grypsko nie było takie straszne, jak je malują – a uwierzcie mi, że przygotowana przez niego zupa smakowała lepiej, niż supermięsna lazania lub każde ziemniaczane danie…

A kto Wam pomaga przetrwać te paskudne, chorobowe dni? 🙂