Author Archives: Ola


lenistwo

Lenistwo, czyli dlaczego nie potrafię się zmienić?

Przyznaję się bez bicia do grzechu zaniedbania i lenistwa. Najbardziej ucierpiał na tym mój blog, a także mój rozwój intelektualny i fizyczny. Od sierpnia wszystko robiłam na ostatni moment – nawet sprawy uczelniane przełożyłam na wrzesień, byleby tylko, aż wstyd się przyznać, przeleżeć lato na kanapie. Taki jest faktyczny stan rzeczy: przylepiłam się do tego mebla na Kropelkę, Super Glue lub inny Vikol. I dziś zbieram tego żniwo.

Dlaczego? Bo lenistwo mogłoby być moim drugim imieniem, a trzecim słomiany zapał (pierwsze swoje zostawię, żeby zupełnie nie wyzbyć się swojej tożsamości). W głowie mam mnóstwo świetnych pomysłów, które jednak zostają w przeważającej większości na etapie pięknych idei. Czasem mam wrażenie, że choć Brzechwa żył w zupełnie innych czasach niż ja, wers „Na tapczanie siedzi leń…” powstał z myślą o mnie.

Dzisiejszy post stanowi swego rodzaju rachunek sumienia, spowiedź leniwego – próbę wytłumaczenia się przed sobą samą z wrednych grzeszków zaniechania. Gorąco wierzę bowiem, ze autoostracyzm pomoże mi uporać się z brakiem chęci do działania, który dręczy mnie już od jakiegoś czasu. Powodów tego stanu jest wiele, więc zacznijmy od nich!

Lenistwo, czyli dlaczego nie potrafię się zmienić?

Zawsze jest coś innego do zrobienia

Jestem dość zajętą osobą: pracuję, robię doktorat, a od października zaczynam nowe studia. Wszystko to wiąże się z mnóstwem obowiązków, które bez porządnego ogarnięcia piętrzą się w nieprzyjemne stosiki zadań i zobowiązań. Oczywiście jestem świadoma tego procesu wypiętrzania się, ale przecież jest obiad do ugotowania, sałatka do zrobienia, zakupy do przyniesienia, mieszkanie do posprzątania. Te wszystkie typowe pierdoły są przecież ciekawsze od artykułu, który czeka na napisanie, od kwerendy, na którą trzeba pojechać i od zadań w pracy.

Stąd właśnie bierze się odkładanie wszystkiego na ostatni moment. Coś, co muszę zrobić jest przecież mniej atrakcyjne od obowiązków domowych, których wykonanie zależy tylko do mojej dobrej woli. A ja lenię się w trakcie ich wykonywania, zamiast zrobić to, co naprawdę potrzebuje mojej uwagi i skupienia.

lenistwo

Czasem jestem jak Molten – zagrzebuję się w kocyk i rozmyślam o tym, jak wiele jeszcze jest przede mną do zrobienia!

Niewłaściwe poczucie czasu

Zawsze wydaje mi się, że mam na wszystko czas. Że trzy miesiące na napisanie artykułu to mnóstwo czasu i spokojnie mogę pozwolić sobie na solidny odpoczynek, zanim zabiorę się do pracy. Mój wewnętrzny leniuszek podpowiada mi, że zegar wcale nie tyka tak szybko, kalkulując na jak duże opóźnienie mogę sobie pozwolić, zanim nie trafi mnie szlag z powodu kolejnego celowego opóźniania wykonania zadania.

Dlatego przyrzekłam sobie, że od października zacznę prowadzić kalendarz, taki planner z prawdziwego zdarzenia. Tak, jak trackuję czas w pracy, będę śledzić wszystkie zadania z pomocą mojego Todoista (o którym pisałam tutaj) oraz papierowego kalendarza połączonego z listami rzeczy do zrobienia. Tak dłużej nie da się już bowiem żyć – czas zacząć myśleć o sobie jako o odpowiedzialnym dorosłym, na którym ciąży mnóstwo obowiązków, a nie o leniuszku, który daje mi fałszywy zapas czasu na wszystko, co czeka mnie w przyszłości.

Fałszywy egoizm

Mój siedzący na tapczanie wewnętrzny leń buduje w głowie… a właściwie, nie! Ja sama zapominam o tym, że przecież są wokół mnie ludzie, którzy nadal czegoś ode mnie oczekują: moja rodzina, mój chłopak, moi przyjaciele, nauczyciele, a także czytelnicy bloga! Tych ostatnich, mam wrażenie, że zaniedbałam najbardziej, przestając publikować regularnie nowe posty. I to właśnie przed Wami, moi drodzy, przyznaję się najbardziej do tego, że popełniłam okropny grzech zaniechania, wikłając się w fatalny romans z lenistwem.

Myśląc, że zaniedbałam tylko siebie, byłam skrajną egoistką – zapomniałam bowiem, jak bardzo nasze decyzje wpływają na życie innych ludzi. I właśnie przed chwilą cotygodniowy post na blogu wpisałam do kalendarza i Todoista, zaznaczyłam opcję powtarzania i ustawiłam przypomnienia. A żeby uwiarygodnić swoje słowa, za tydzień zapraszam Was na kontynuację tematu lenistwa i kilka rad na to, jak poradzić sobie z tym parszywym stanem! Bo skoro już znamy przyczyny i postawiliśmy diagnozę, czas na leczenie – i uwierzcie mi, nie warto tego odkładać na później!

krem z pieczonych warzyw

Krem z pieczonych warzyw z pulpecikami z indyka

Lato zdecydowanie nie rozpieszcza nas ostatnio pogodą, dlatego suplementuję się słońcem z garnka! Wszystko, co ostatnio ląduje na naszych talerzach jest tak kolorowe, że ślinka sama cieknie na widok tego, co za chwile trafi do żołądka. Nie inaczej jest z moją ostatnią wariacją na temat zupy z warzyw, która bez dodatku pulpecików jest zdecydowanie w przepysznym stopniu wegańska. Ja jednak karmię, oprócz siebie, jeszcze mężczyznę, a że sama jestem typowym mięsożercą, nie mogłam pozbawić się przyjemności uzupełnienia jej mięsną wkładką.

Zatem, z potrzeby połaskotania podniebienia i przemożnej chęci zjedzenia innej zupy, niż dotychczas gotowane, powstał przepis poniższy przepis. Krem jest delikatny, a zarazem bogaty w smak – czegóż chcieć więcej?

Krem z pieczonych warzyw z pulpecikami z indyka

Zupa:

  • Dwie cukinie,
  • Jedna papryka,
  • Włoszczyzna (w tym trzy większe marchewki),
  • Woda,
  • Trzy ząbki czosnku
  • Łyżka soku z cytryny
  • Sól, pieprz
  • Trzy kuleczki ziela angielskiego, dwa liście laurowe
  • Bazylia i mięta
  • Papryka w proszku: słodka, ostra i wędzona, czosnek w proszku, bazylia w proszku

Pulpety:

  • 30 dag mięsa mielonego z indyka,
  • Cebulka dymka,
  • Odrobina bułki tartej,
  • Dwie łyżeczki musztardy,
  • Sól
  • Pieprz
  • Czosnek

Włoszczyznę obieramy i myjemy, jedną z marchwi kroimy w paski i odkładamy na bok.  Resztę wrzucamy do garnka, zalewamy zimną wodą i wstawiamy na kuchenkę. Doprawiamy solą, zielem angielskim i liściem laurowym. Gotujemy na wolnym ogniu przez ok. 45 minut lub więcej, do momentu, gdy warzywa oddadzą cały smak zupie.

Cukinię i paprykę myjemy, odcinamy resztki, a z papryki wydrążamy gniazda nasienne, po czym kroimy ją w ćwiartki. Cukinię zaś kroimy w paski, a ząbki czosnku obieramy z łupinek. Razem z papryką i marchewką kładziemy je na wyłożonej papierem do pieczenia blaszce, oprószamy solą, pieprzem, słodką papryką, czosnkiem i tymiankiem, polewamy odrobiną oleju i wszystko dokładnie mieszamy, aby jarzyny dobrze połączyły się z przyprawami. Pieczemy przez godzinę w temperaturze 200 stopni, co jakiś czas przekładając je na drugą stronę.

W międzyczasie przygotowujemy pulpeciki: do mięsa dodajemy pozostałe składniki (dymkę należy drobniutko posiekać) i wyrabiamy zawartość miski, aż wszystko dokładnie się połączy. Formujemy malutkie kotleciki, obtaczamy w mące i wrzucamy je do gotującego się bulionu. Powinny spędzić w nim ok. 20 minut, aż mięso przestanie być surowe i przejdzie smakiem rosołku. Po tym czasie wyjmujemy je na talerz i odstawiamy na bok.

Kiedy warzywa się upieką, wyjmujemy je z piekarnika i pozwalamy odczekać ok. 5 minut, do lekkiego przestudzenia – następnym krokiem jest bowiem zdejmowanie skóry z papryki, a wątpię, żeby ktokolwiek z Was chciałby poparzyć sobie palce :). Po zakończeniu obierania wrzucamy wszystkie  warzywa do bulionu i doprawiamy listkami mięty i bazylii, słodką, ostrą i wędzoną papryką. Gotujemy jeszcze przez pięć minut, a następnie miksujemy blenderem (pamiętajcie, żeby wyłowić uprzednio ziele angielskie i liście laurowe!

Po dokładnym zblendowaniu wrzucamy do zupy pulpeciki, aby je podgrzać.

#Tip: Zupa pięknie wygląda udekorowana świeżą miętą!

#ProTip: Jeśli zostanie Wam zbyt mało zupy, by we dwoje najeść się następnego dnia, zetrzyjcie do niej jedną małą cukinię,  dodajcie odrobinę kukurydzy z puszki i potraktujcie jako sos do makaronu! Krem jest bowiem bardzo gęsty.

krem z pieczonych warzyw

Nie wygląda może zachwycająco, ale uwierzcie mi – smakuje obłędnie!

Szukacie innych przepisów na pyszne zupy-kremy? Sięgnijcie po krem ze szparagów lub sycącą, zimową zupę z soczewicy o nieco orientalnym smaku!

porady dla cyfrowego nomady

Praktyczne porady dla cyfrowego nomady!

Mały wyrzut na sam początek – jestem zła sama na siebie, że ten post pojawia się z trzytygodniowym opóźnieniem. Ostatni tydzień dał mi nieco w kość – praca, egzaminy, rozpoczęcie przygotowań do pisania książki. I do tego pobudki o 4:30, do których niby już się przyzwyczaiłam, ale koniec końców wciąż walczę ze zmęczeniem. Wszystkie te czynniki złożyły się na fakt, iż nie starczyło mi silnej woli do sprawienia sobie przyjemności napisania czegoś na bloga. Coś musi być ze mną naprawdę nie tak, skoro odmawiam sobie takiej frajdy…

Okej, dosyć tego. Biorę się w garść i spełniam to, co napisałam strasznie dawno temu na fanpejdżu Hack Your Life. Mam dla Was bowiem dziś kilka wyjątkowych przemyśleń, które rodziły się we mnie przez ostatnie kilkanaście miesięcy. Postanowiłam je zebrać w jeden, może dość skromny, ale wciąż poradnik:

Praktyczne porady dla cyfrowego nomady!

Pracuję zdalnie już ponad półtora roku, jednakże dopiero teraz uświadomiłam sobie, że w jakimś stopniu należę do grona cyfrowych nomadów. Mój styl życia nie jest związany z dalekimi podróżami, moje konto na Instagramie nie obfituje w zdjęcia zapierających dech w piersiach krajobrazów, a moje opowieści z wyjazdów ograniczają się do relacji z pobytu u siostry, w Rzeszowie.

Ale wiecie co? Specyfika mojej pracy sprawia, że mogę pozwolić sobie na elastyczność. Nigdy nie spędziłam ani jednej godziny w biurze, w domu przeważnie pracuję w wydzielonym kąciku, a gdy tylko na horyzoncie pojawia się możliwość jakiejś wyprawy, nie muszę z przynajmniej miesięcznym wyprzedzeniem załatwiać sobie urlopu. Po prostu pakuję komputer do torby i już! Jestem tam, gdzie chcę. I co najważniejsze, moje obowiązki na tym nie cierpią.

Pisałam Wam jednak kiedyś o wadach pracy zdalnej i zdaję sobie sprawę, że ten tryb życia wiąże się z pewnymi niedogodnościami, które zazwyczaj są wynikiem źle złego zorganizowania siebie i swojego miejsca pracy. Dlatego dziś zebrałam dla Was kilka naprawdę całkiem sensownych porad na to, jak pogodzić obowiązki i podróże, aby wycisnąć jak najwięcej z życia cyfrowego nomady!

Zadbaj o plan

Już na początku wpisu zaznaczyłam, że mój cyfrowy nomadyzm ogranicza się jedynie do wycieczek po Polsce. Bardzo chciałabym podróżować po świecie, jednak moja strefa komfortu na razie nie dopuszcza nawet myśli o tym, bym porzuciła dom, rodzinę i wyruszyła w niekończącą się przygodę. Myślę jednak o sobie jako o digital nomad, co pozwala mi zorganizować swoje obowiązki tak, aby w przypadku niespodziewanej możliwości wyjazdu mieć wszystko dopięte na ostatni guzik.

Dlatego nawet, jeśli podróż trafia się na ostatnią chwilę, natychmiast zamawiam bilety, sporządzam listę rzeczy do spakowania i spraw do załatwienia przed wyjazdem. Powolne odhaczanie elementów pozwala mi zapanować nad chaosem, który nagle wkrada się w moje życie. Ryzyko, że czegoś nie wezmę lub nie zrobię także spada niemalże do zera – w końcu już wcześniej zadecydowałam, co będzie mi potrzebne, a co lepiej zostawić w domu!

Zadbaj o naładowanie telefonu i komputera

Praca zdalna umożliwia mi wykonywanie swoich obowiązków niezależnie od miejsca, w którym się znajduję – potrzebuję jedynie opcji podłączenia się do Internetu oraz sprawnego komputera lub telefonu. A sprawny sprzęt to naładowany sprzęt!

porady dla cyfrowego nomady

Jak dotąd w pracy towarzyszy mi taki zestaw. W planach jest mała zmiana na coś lżejszego!

Na szczęście większość przewoźników udostępnia pasażerom w swoich pojazdach gniazdka, dzięki którym nie musimy martwić się o to, że bateryjka na wyświetlaczu zaświeci się na czerwono. Zdarza mi się jednak wyruszyć w podróż takim środkiem lokomocji, w którym źródła prądu nie uświadczysz – zwłaszcza, kiedy jadę z rodzinnego Golubia-Dobrzynia do Olsztyna, w którym mieszkam na co dzień. Dlatego przed wyjazdem sprawdzam, czy oba urządzenia, z których korzystam, mają baterie naładowane do maksimum, aby zapewnić sobie kilka godzin nieprzerwanej pracy. Wam też radzę to zrobić – uwierzcie mi, nic tak nie rozjusza człowieka, jak padnięty komp lub telefon w połowie pisania artykułu!

Znajdź wygodne miejsce do pracy

Ostatnie dwa lata sprawiły, że nauczyłam się pracować w każdych warunkach – na kanapie, z psem na kolanach i w trzęsącym, grożącym ryzykiem uszkodzenia sprzętu pociągiem. Raz było mi wygodnie, innym razem trafiał mnie szlag i marzyłam o tym, by natychmiast zmienić miejsce, w którym się znajduję. Zawsze jednak starałam się dążyć do tego, by w miejscu, które nie jest moim domem, wygospodarować sobie własny kącik.

Pamiętajcie, wygoda przede wszystkim! Nie wyobrażam sobie wypełniania swoich obowiązków, wciąż przenosząc się z kąta w kąt. Dobrym rozwiązaniem jest znalezienie kawiarni work friendly lub instytucji typu co-work, w której możemy wynająć biurko na godziny. Taki wybór zapewni nam maksymalne skupienie, ciut wyższy poziom intymności i całkiem przyjemną atmosferę, tak ważną w momencie, gdy piętrzą nam się zadania do wykonania.

Jak w takim razie znaleźć takie miejsce? Wpisując „cowork” w wyszukiwarkę wyskoczy Wam mnóstwo ofert w różnych miastach, pośród których na pewno znajdziecie „własne” biurko. Coraz częściej punkty gastronomiczne, takie jak kawiarnie czy bistra, oznaczają się jako work friendly, więc i to spróbujcie wstukać w Google. Fantastycznie sprawdza się w tym przypadku także poczta pantoflowa – popytajcie znajomych w danym mieście, czy nie znają czasem jakiejś przyjemnej kafejki lub coworku – na pewno Wam coś polecą!

porady dla cyfrowego nomady

Mobilne biuro z takim widokiem – czego chcieć więcej?

Wygospodaruj codziennie czas TYLKO na pracę

Praca zdalna daje nam genialną elastyczność w zarządzaniu czasem. Możemy pracować w tych godzinach, kiedy jesteśmy najbardziej produktywni, nie musząc dostosowywać się do z góry ustalonego grafiku. Nie musimy załatwiać sobie urlopu w pracy, by swobodnie podróżować – po prostu pakujemy w torbę komputer, telefon, trochę ciuchów, kosmetyki i ruszamy w drogę!

W takich warunkach łatwo jednak o porzucenie samodyscypliny – owszem, obowiązki piętrzą nam się w całkiem nieprzyjemny stosik, ale przecież czujemy się, jakbyśmy byli na wakacjach… Dlatego ja zawsze staram się zarezerwować kilka godzin w ciągu dnia na to, by swobodnie popracować. W końcu na przyjemność trzeba sobie najpierw zasłużyć, prawda? 😉 Znajdźcie jednak własny rytm, nie posiłkując się doświadczeniami innych ludzi. Work-life balance to trochę bullshit, ale samo oddzielenie czasu pracy od prywatnego życia w podróży naprawdę działa.

Nasuwa mi się w tym momencie jednak jedna, dość oczywista myśl – gdzie w tym miejsce na prawdziwy odpoczynek? Fakt, jest go mało, ale wychodzę z założenia, że dobrze na głowę robi sama zmiana otoczenia – wyjazd z miasta, w którym funkcjonujemy na co dzień, nowe widoki za oknem i miejsca, które można odwiedzić. Poza tym, sami przyznajcie – któż z Was nie marzy o tym, żeby zrobić sobie małe wakacje w trakcie pracy? Dla mnie to fantastyczna perspektywa!

Przygotuj się na niewygody

W wielu pociągach trzęsie jak diabli, w końcu większość polskiego składu to stare rzęchy. W autobusie non stop ktoś gada – jak nie ludzie do siebie nawzajem, to przez telefon. Przesiadki sprawiają, że trzeba wyłączyć komputer, a dworcowa ławka w pipidówce nie jest najwygodniejszym miejscem do pracy… Po podróży chciałoby się trochę odświeżyć i odprężyć, a nie natychmiast wchodzić w stan online. Tak, witajcie w świecie polskiego cyfrowego nomady!

Do niewygód spowodowanych podróżą na pewno dojdzie Wam nadwyżka maili do sprawdzenia, a gdy pracujecie jako freelancerzy, ciągłe dopytywanie klientów, czy rezultat będzie dostarczony na czas oraz zgodnie z oczekiwaniami. W dodatku nie zawsze będziecie mogli liczyć na własny kąt, o którym wspomniałam wcześniej. Mnie jednak póki co takie niewygodny nie zniechęcają, ale zawsze lepiej mieć ich świadomość niż niemile się zaskoczyć!


Praca w drodze to coś zupełnie innego niż praca w biurze od ósmej do szesnastej. Sposób ten wymaga od nas trochę więcej elastyczności i gotowości do zmiany planów, zmusza nas czasem do znoszenia niewygód i sprawia trudności w zbalansowaniu pracy i życia prywatnego. Uwierzcie mi, daje jednak tyle frajdy i swobody! Przy dobrej organizacji czasu i miejsca pracy nie ma mowy o tym, aby nie zdążyć z dedlajnem lub kiepsko wykonać swoje obowiązki. Życie cyfrowego nomady pozwala nam poczuć się wolnym, oderwanym od czterech ścian biura. Wszechobecny Internet sprawia, że możemy pracować w miejscu, które nam się zamarzy – nad morzem, w lesie i w górach, w cudownych okolicznościach przyrody. Brzmi fantastycznie, prawda?

A Wy, macie swoje sprawdzone sposoby na pracę w podróży? Zostawcie je w komentarzach!

jak przygotować perfekcyjną listę zadań

Wszystko pod kontrolą, czyli jak przygotować perfekcyjną listę zadań

Zdarzyły Wam się kiedyś takie dni, które kontrolował chaos zamiast porządku? Te momenty, w których wszystko szło nie po waszej myśli, chociaż nakreśliliście początkowy plan działania? Nawet nie wiecie, jak często mnie plany krzyżowały się tylko dlatego, że nie dopilnowałam tego, aby poprzednie etapy przebiegły bezkonfliktowo…

Długo dojrzewałam do decyzji, by wreszcie zmienić sposób zarządzania czasem z przypadkowego na uporządkowany, pozwalający na jedynie drobne odstępstwa wywoływane zrządzeniami losu. Wymusiła to na mnie praca zdalna, a właściwie sama jej specyfika, która gdy nie jest kontrolowana, prowadzi do totalnego rozluźnienia. A pierwsze, co zrobiłam, było nawiązaniem szczerej i długiej przyjaźni z listami zadań, z której, przyznam się, tylko ja czerpię korzyści. Ale za to jakie!

Początkowo przygotowywanie list opierało się na najbardziej znanej mi metodzie – na zapisywaniu wszystkiego, co przyjdzie mi do głowy na samoprzylepnych karteczkach. Początkowo ta forma spełniała swoje zadanie wyśmienicie, jednak z wraz z upływem czasu, zaczęłam gubić się w stosach i stosikach złożonych z kolorowych papierków. Przy niektórych z nich zapominałam postawić datę i trudno mi było przypomnieć sobie, do jakiego dnia przypisane są konkretne zadania. Zadecydowałam, że ten sposób obejmować będzie jedynie bieżące sprawy, a do planowania długofalowego muszę znaleźć inny sposób.

Ale o tym za chwilę – jak zwykle nadmiernie się rozwodzę, zamiast przejść do meritum! Karteczki karteczkami, ale zastanawialiście się kiedyś, jak przygotować perfekcyjną listę zadań, dzięki której nie zapomnicie o najdrobniejszym szczególe? Mam dla Was pięć wskazówek, które, mam nadzieję, uczynią Wasze planowanie prostszym niż myślicie!

Jak przygotować perfekcyjną listę zadań?

  1. Wybierz swój własny sposób

Zakładam, że w głowie zrodziło się już Wam mocne postanowienie poprawy sposobu zarządzania czasem, więc o takich oczywistościach nie muszę pisać osobnego podpunktu. Jako pierwszy krok do uporządkowania codziennych spraw, proponuję Wam wybór medium, z którego będziecie korzystać. Na szczęście form prowadzenia ewidencji spraw do załatwienia jest wiele, więc wszystko zależy od Waszych preferencji.

Karteczki już znacie – są idealne do zapisywania ulotnych pomysłów. Aby coś z nich zrozumieć, najlepiej jest gromadzić je w jednym miejscu, np. na tablicy korkowej lub w kopercie, dzięki której nie zgubicie żadnej z nich i nie zapomnicie, co przyszło Wam do głowy poprzedniego dnia lub co powinniście zrobić jutro. Jednak system ten nie sprawdzi się u bałaganiarzy takich, jak ja – już po kilku dniach trudno będzie wam dojść do ładu i składu z zaplanowanymi zadaniami.

Kolejny analogowy sposób, który sama wypróbowałam, to bullet journal, czyli technika kontrolowania swoich zadań w formie zeszytu. Pinterestowe bullet journale są pięknie wykaligrafowane, ozdobione słodkimi rysuneczkami, a każda tabelka posiada pieczołowicie wykonane ozdobniki. Patrzenie na taką listę spraw do załatwienia to sama przyjemność, prawda? Jednakże nie o samą estetykę w bu-jo chodzi, a o spisywanie w nim bieżących zadań i długofalowych celów tak, by łatwiej było kontrolować ich wykonywanie i osiąganie.

Ten filmik doskonale pokaże Wam, jak stworzyć własny bu-jo!

Bullet journal, w przeciwieństwie do innych planerów, nie ma sztywnych ram – zaczynamy jego prowadzenie w dowolnym dniu całego roku i prowadzimy go tak długo, na ile wystarczy nam kartek, by po zakończeniu jednego zeszytu móc zacząć następny. To niezwykle wygodna i kreatywna forma spisywania list zadań i pilnowania terminów. Zanim jednak zaczniecie planować w ten sposób, spróbujcie zaplanować samo prowadzenie swojego notatnika, aby wprowadzić weń ład i porządek zamiast mało twórczego, w tym przypadku, chaosu.

Oprócz stosowania analogowych sposobów tworzenia list zadań możecie także skorzystać z aplikacji desktopowych oraz ich mobilnych odpowiedników, o których pisałam np. tutaj. Pozwolą Wam one kontrolować wasze sprawy bez konieczności zakładania papierowej ewidencji – smartfony przeważnie i tak nosimy przy sobie, a praca przy komputerze większości z nas pochłania lwią część dnia. Ja już wspomniałam, używam do ogarniania prywatnych spraw Todoista, a w pracy Asanę zastąpiłam Trello – próbuję teraz metody kanban, o której napiszę Wam w przyszłym miesiącu.

jak przygotować perfekcyjną listę zadań

Kartki, kolorowe cienkopisy i spinacze – to mój żelazny zestaw w trakcie nauki. Do list to-do używam cyfrowych rozwiązań!

  1. Dwie listy zadań to rule them all

Planowanie zadań powinno dzielić się na krótko- i długofalowe. Zastanawiacie się, może, dlaczego – w końcu i tak wszystko zapisujemy na bieżąco, pilnując tylko, czy zadania zostały wykonane. Nic bardziej mylnego – aby zachować święty spokój, powinniśmy trzymać rękę na pulsie w zarówno w przypadku spraw teraźniejszych, jak i tych bardziej odległych!

Niezależnie od techniki, jakiej używacie, spróbujcie przygotowywać listy zadań dla konkretnego dnia, a także spisujcie sprawy wykonywane cyklicznie w tygodniu, miesiącu, a nawet roku. Sposób ten ułatwi Wam dokonanie podsumowania i określenie, które cele zostały osiągnięte, a które wymagały może większej ilości czasu i trzeba było odłożyć je na później. Cykliczność wprowadzi Wam też pewną rutynę działania, dzięki której nie umknie Wam już żadna bieżąca sprawa!

  1. Pilnuj odhaczania

W planowaniu zadań dużą rolę odgrywa czynnik psychologiczny. Niełatwo jest bowiem przestawić się z chaosu na ład i porządek, a wszystko, co wymaga rezygnacji z pewnych wypracowanych sobie wcześniej sposobów działania, jest niezwykle trudne do wcielenia w życie. Dlatego warto jest ułatwić sobie zarządzanie czasem tak bardzo, jak to możliwe, by móc spokojnie trzymać rękę na pulsie.

Ja jak największej świętości pilnuję tego, by odhaczyć wszystkie sprawy, które udaje mi się wykonać. Za każdym razem, kiedy stawiam ptaszek przy ukończonym tasku lub osiągniętym celu, jestem z siebie niezwykle dumna, że znowu dopięłam swego i stanęłam na wysokości zadania. Uwierzcie mi, że działa to niesamowicie motywująco, a widok całego tygodnia lub miesiąca upstrzonego krzyżykami oznaczającymi pomyślny wynik wywołuje wielki uśmiech na mojej twarzy. I zawsze powtarzam sobie wtedy „tak trzymać!”.

jak przygotowac perfekcyjna listę zadan

Moja wstępna lista często tak własnie wygląda 🙂

  1. Staraj się nie przeładować listy

Nadmiar zadań powoduje chaos, powtarzalność tej reguły jest w moim przypadku niezawodna. Im więcej zapisałam sobie do zrobienia na następne dni, tym mniejszy mam zapał do tego, aby wszystko zrobić… nie mówiąc już o zachowaniu odpowiedniego poziomu wykonywania zadań.

Najprostszą receptą na ogarnięcie tego bałaganu okazało się skrócenie listy zadań i rozłożenie poszczególnych podpunktów na kolejne dni. Znowu okazało się, że najprostsze sposoby okazują się najlepsze i nie ma powodu, by przesadnie kombinować. Znam swoje możliwości i zawsze, kiedy wiem, że nie podołam postawionym sobie celom, po prostu wprowadzam pewne modyfikacje i z listy dziennej przenoszę część tasków do listy tygodniowej lub rozkładam je na nadchodzące dni. Zalety? Same! Nie zapominam już, nie robię niczego na pół gwizdka i nie odkładam na ostatnią chwilę.

  1. Zjedz żabę!

Znacie metodę Eat The Frog? Jej zasada jest niezwykle prosta – wykonywanie zadań zaczynamy od tego najtrudniejszego, nastręczającego nam najwięcej kłopotów. Dzięki jej zastosowaniu pozbywamy się tego niezwykle ciężkiego uczucia jakim jest wiszący nad nami obowiązek wykonania go. Czyż to nie brzmi cudownie?

Od kiedy żywię się żabami, a już szczególnie w pracy, spada mi z głowy duży ciężar. Najbardziej pracochłonne zadanie umieszczam zawsze na pierwszym miejscu listy, aby natychmiast po włączeniu komputera i codziennej organizacji podjąć się właśnie jego wykonania. Ba, bywają dni, kiedy rozpraszają mnie inne, bardziej palące sprawy i zadanie to odwleka się samoistnie. Nie robię z tego powodu problemu – po prostu staram się załatwić wszystko jak najszybciej i wrócić do swoich spraw.

jak przygotować perfekcyjną listę zadań

Takie sympatyczne zwierze, a sprawa taka ciężka… 🙂

Dodatkowa porada: zapisuj najwięcej szczegółów, jak to możliwe! Czasem same hasła nie wystarczą, by przypomnieć sobie, o co nam chodziło – zwłaszcza w przypadku rewidowania listy miesięcznej bądź rocznej. I nie zapominaj o podawaniu godzin, dat i miejsc. Poza tym, gdy będziecie po raz kolejny uwzględniać w liście to samo zadanie, będziecie w stanie określić jak dużo czasu zajmie Wam jego wykonanie!

I najważniejsze: pozwólcie sobie na pewien luz! Zawsze zdarzyć się mogą sytuacje, które zburzą nasz perfekcyjnie ułożony plan. Zapas czasu, np. 15 minut między każdym zadaniem, pozwoli Wam opanować sytuację w czasie kryzysu!


Pochwalcie się w komentarzach, jak wyglądają Wasze listy to-do – chciałabym zobaczyć, jakie są Wasze metody na organizowanie czasu :).

kurczak z pieczarkami

Ruda Pichci: Kurczak z pieczarkami w sosie śmietanowo-musztardowym z koperkiem

Są takie dni, kiedy nie wiem, co do garnka włożyć. Już wieczór wcześniej rozmyślam o tym, co ugotuję, a tymczasem nic nie przychodzi mi do głowy – nazywam to zawsze „efektem pełnego tyłka”, co oznacza, że mam po prostu przesyt tego, co dotychczas jadłam.

Pytam wtedy mojego B., na co ma ochotę, a on zazwyczaj rzuca pomysłem w stylu „nic mi nie przychodzi do głowy, ale pomyślę i ci powiem”. Bardzo pomocne, cholerka!Dobrze, że chociaż jest w stanie określić, na jaki dodatek skrobiowy ma ochotę!

Dziś o poranku rzucił, że zjadłby jajka sadzone, na co ja prychnęłam z dezaprobatą – nie przepadam bowiem za innymi formami jajek niż jajecznica, bądź te ugotowane na twardo. Doczekałam się w odpowiedzi najpierw prychu z jego strony, następnie zaś stwierdzenia, że może być coś z ryżem. Szybko zerknęłam więc w czeluście lodówki i zamrażalnika, w wyniku czego powstał przepis, którym dziś się z Wami podzielę!

Kurczak z pieczarkami w sosie śmietanowo-musztardowym

 

Składniki (na dwie osoby):

  • pół dużej piersi z kurczaka lub dwa duże, wytrybowane udka,
  • sześć pieczarek,
  • cebula,
  • trzy ząbki czosnku,
  • trzy łyżki śmietany 18%,
  • trzy łyżki musztardy sarepskiej (lub dwie sarepskiej i jednej delikatesowej),
  • pół pęczka koperku,
  • sól, pieprz, czosnek suszony, kolendra suszona, odrobina suszonego kuminu, łyżka soku z cytryny,
  • szklanka domowego bulionu,
  • olej rzepakowy.

 

Mięso kurczaka kroimy w kostkę i marynujemy w wymienionych w ostatnim punkcie przyprawach i soku z cytryny przez 10 minut. Cebulę i czosnek siekamy, smażymy powoli na oleju, a gdy się zeszklą, dodajemy kurczaka. Pieczarki kroimy w plasterki i dorzucamy na patelnię, gdy kurczak będzie już także podsmażony. Gdy pieczarki odparują, zalewamy bulionem i trzymamy jeszcze wszystko przez dwie-trzy minuty na ogniu.

W miseczce mieszamy śmietanę z musztardą, a następnie przekładamy na patelnię i wszystko dokładnie mieszamy, gotujemy przez pięć na średnim ogniu, aby płyn się odrobinę zredukował.  Doprawiamy do smaku jeszcze solą i pieprzem.

Koniec wieńczy dzieło, a w tym przypadku smak, dlatego do sosu dodajemy pół pęczka koperku, drobniutko posiekanego. Już nie gotujemy, aby koperek nie stracił koloru.

Ja podałam sos z zaproponowanym przez B. ryżem ugotowanym na sypko. Kurczak z pieczarkami w tym sosie komponuje się z nim idealnie!

kurczak z pieczarkami

Może i nie wygląda idealnie, ale wierzcie mi – smakuje genialnie!


Garnki, patelnie i mieszadła w dłoń, do sosu marsz! Zróbie go swoim mężczyznom – może i wygląda delikatnie, ale za to smak jest dzięki musztardzie naprawdę konkretny.

Czekam w komentarzach na Wasze wersje tej potrawy!

Sprawdźcie też inne przepisy z serii Ruda Pichci, tym razem na zupy: Sycąca zupa z czerwonej soczewicy i Wiosna na talerzu, czyli delikatny krem ze szparagów!

zarządzanie czasem copywritera

Zarządzanie czasem copywritera – moich pięć żelaznych zasad!

Uwielbiam pracować ze słowem. Każdy tekst, który wychodzi spod mojej klawiatury jest częścią mnie, jest bowiem ucieleśnieniem idei, które powstają w mojej głowie – począwszy od najkrótszego tweeta, a skończywszy na dłuższych artykułach. Zarządzanie treściami jest jednak bardzo czasochłonne, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że tworzę je zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym.

Wyrabianie się z terminami to jedno, a zachowanie odpowiednio wysokiej jakości tworzonych tekstów, drugie. Obie kwestie są w pracy twórcy treści niezwykle ważne, a ich kombinacja składa się na nasz sukces. Słaby content, choć dostarczany w terminie, raczej się nie obroni, a spóźnianie się z dostarczaniem pracy na czas z pewnością przysporzy nam sporych kłopotów u zamawiającego. Przyznam się szczerze, że zdarzały mi się w życiu poślizgi, okupione oczywiście okrutnymi wyrzutami sumienia – nie cierpię nie dotrzymywać warunków umowy, gdyż to kłóci się z moją wewnętrzną potrzebą bycia we wszystkim perfekcyjną.

Dziś jednak nie jestem już tą samą Olą, która cztery lata temu zaczynała swoją przygodę ze słowem pisanym. Dziś rozumiem już, jak ważna jest każda minuta mojego dnia – zarówno tej części, którą spędzam w pracy, jak i czasu wolnego. Dlatego te 24 godziny staram się wykorzystać do maksimum, aby nie mieć do siebie pretensji, że mogłam coś zrobić, a przez lenistwo nie zdążyłam.

Jak jednak upewnić się, że sposób naszej pracy jest wystarczająco wydajny, a czas nie przecieka nam przez palce?  Zarządzanie czasem copywritera nie musi być trudne – sprawdźcie moje sposoby!

Zarządzanie czasem copywritera – moich pięć żelaznych zasad!

Naucz się mówić „nie”

Pewnie każdy z Was spotkał się kiedyś z sytuacją, kiedy zadania tak się spiętrzyły, że nie wiedzieliście, w co ręce włożyć. Takie momenty w szczególności uwielbiają przyciągać osoby, które chętnie zleciłyby nam jeszcze coś do zrobienia – tak, jakby ktoś chodził z megafonem i informował o tym, że chętnie wyręczymy naszych współpracowników w wypełnianiu ich obowiązków.

Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że mówienie „nie” nie należy do rzeczy najprostszych – zazwyczaj po prostu nie chcemy się kolegom narażać, odmawiając im pomocy. W końcu my też przecież możemy jej kiedyś potrzebować, prawda? Dlatego tak ważny jest sposób, w jaki zakomunikujemy ową odmowę – tu znajdziecie kilka praktycznych porad o tym, jak to „nie” powinno zabrzmieć, aby nikt nie uznał nas za gbura!

Uwierzcie mi, że jeśli wreszcie zaczniecie przeznaczać 100% czasu jedynie na wykonywanie swoich zadań, szybko odczujecie różnicę! Pozwoli Wam to przede wszystkim na maksymalne skupienie na tym, co do Was należy i tworzenie znacznie lepszych, bardziej dopracowanych tekstów.

Nie ulegaj rozpraszaczom

Spójrzmy prawdzie w oczy: zawsze, gdy tylko siadamy do pracy, wszystko zaczyna kusić dwa razy bardziej. Social media, książka, odcinek ulubionego serialu (zwłaszcza, kiedy pracujemy zdalnie), nawet głód zaczyna doskwierać znacznie szybciej niż zwykle. Znam to lepiej niż myślicie – natychmiast po rozpoczęciu pisania dźwięki z zewnątrz stają się znacznie intensywniejszej i rozpraszają moją ledwie osiągniętą koncentrację.

zarzadzanie czasem copywritera

A czasami zdarza mi się pracować w ten sposób 🙂

Dlatego zawsze, kiedy zaczynam swoją pracę, wyłączam WiFi i odkładam telefon na bezpieczną odległość, znacznie przekraczającą długość ręki, a w dodatku za moimi plecami. Kiedy ktoś dzwoni, mam okazję by wstać i ruszyć się z miejsca, a ponadto nie sprawdzam już kompulsywnie zawartości walli tylko po to, aby trzy razy przeczytać ten sam wpis. Ten sposób jest niezawodny, a efekty, choć żmudne do osiągnięcia, wyjątkowo satysfakcjonujące – nie tracę już czasu na wgapianie się w smartfon i konsumowanie miliona różnych treści. Znacznie lepiej skupiam się na moich zadaniach, przez co jestem też bardziej zadowolona z efektów!

Poza tym nauczyłam się tego, aby co chwila nie sprawdzać maila. Było to dla mnie niesamowicie trudne, gdyż staram się jak najszybciej odpowiadać na pytania moich współpracowników. Z doświadczenia jednak wiem, że zaraz po wszelkich rozpraszaczach powiązanych z telefonem, to właśnie emaile dekoncentrują mnie najbardziej.

Przygotuj listę zadań

Czy wiesz, że znacznie lepiej działamy, kiedy trzymamy się utartego planu? Opanowanie zamieszania jest najprostszym sposobem na maksymalne skupienie, gdyż znajomość następnych naszych kroków pozwala nam na kontrolowanie czasu, jaki na nie przeznaczamy. Oczywiście, chaos także potrafi być twórczy i rozwija kreatywność, ale niestety, to nie jest dobre rozwiązanie nie na dłuższą metę. Poprzez ujęcie zadań w sztywniejsze ramy wzrasta nasza efektywność – a przecież właśnie o to chodzi!

Tu mam dla Was coś w rodzaju podpunktu, czyli użyj narzędzi!

Sporządzanie listy zadań może odbywać się na wiele sposobów. Najłatwiej jest, oczywiście, wziąć kartkę i długopis, jednak ja wolę aplikację na smartfona, o czym pisałam Wam tu. Wypróbowałam już Todoist, Asanę, Trello, Podio oraz mojego TimeCampa, dzięki któremu dokładnie wiem, jak dużo czasu potrzebuję na napisanie tekstu o określonych wymogach lub wykonanie innego zadania. Regularnie wprowadzam też dane do mojego kalendarza (Google  Calendar), gdyż kontroli nigdy za wiele! Na podorędziu mam też zawsze ręczny notatnik, który służy mi do notowania ulotnych pomysłów i myśli.

Chwilka przerwy

Nasz mózg potrzebuje wytchnienia. Wyobraź sobie, że ćwiczysz wytrwale na siłowni, wylewając z siebie siódme poty, aby osiągnąć pożądane efekty. Niemożliwym jest, abyś wytrzymał/a to bez chociażby małej pauzy! Dokładnie tak samo jest z umysłem – on też potrzebuje odpoczynku, aby znów mógł wskoczyć na właściwe obroty.

zarzadzanie czasem copywritera

Zdrowe drugie śniadanie – dla mnie to najprzyjemniejszy rodzaj wytchnienia!

Dlatego tak ważnym jest, aby w trakcie tworzenia, które jest wysiłkiem typowo intelektualnym, zrobić sobie od czasu do czasu chwilę przerwy. Dla mnie oznacza to zazwyczaj dwie minuty spędzone z zamkniętymi oczami, aby uspokoić wzrok, przygotowanie posiłku albo, coraz częściej, seria prostych ćwiczeń fizycznych. Te drobne pauzy pozwolą Wam na zintensyfikowanie skupienia i dodadzą siły do wykonywania dalszych obowiązków, a co za tym idzie, skończycie swoje zadania znacznie szybciej niż sądzicie!

Wyznacz sobie czas

W pracy copywritera czy content designera często spotykamy się z tymi samymi rodzajami zadań. Teksty czy inne treści zazwyczaj są podobnych rozmiarów, dlatego bez przeszkód możemy określić, jak długo zajmie nam ich sporządzenie, łącznie z wszelkimi przygotowaniami. Znów wspomnę Wam tu o narzędziach do time trackingu, takich jak TimeCamp – wystarczy je tylko włączyć w momencie rozpoczęcia zadania, a apka sama zliczy nam spędzone na jego wykonaniu minuty i godziny.

Zdecydowanie ułatwia nam to zarządzanie czasem w naszym zawodzie – jesteśmy bowiem w stanie tak podzielić nasz dzień pracy, aby żaden z obowiązków nie ucierpiał kosztem drugiego. Wyobraźcie sobie, jakim szczęściem będzie napisanie trzech tekstów, zamiast dwóch? Ja byłabym z siebie dumna! I jestem, bo właściwe zarządzanie czasem oznacza nic innego, jak koniec zawalania terminów.

 

przepis na motywacje

Znajdź w sobie siłę, czyli gotowy przepis na motywację

Od kiedy pracuję zdalnie, każdy dzień jest dla mnie walką o  zmotywowanie się do wykonywania codziennych czynności. Uwierzcie mi, nie przesadzam, pisząc o walce – już od rana trwa we mnie wewnętrzna bójka między uciążliwym lenistwem, a wrodzoną chęcią do działania. I choć mój uporządkowany, codzienny plan rzadko kiedy ulega jakimkolwiek zmianom, bywają okresy, kiedy jest mi szczególnie trudno zadbać o to, by wszystkie zadania zostały wykonane na tip-top.

Zastanawiacie się pewnie, jak w takim razie funkcjonuję między domem, pracą a doktoratem, skoro nowy post zaczęłam od lamentów i narzekań. Ten wstęp zabrzmiał raczej jak spory akapit użalania się nad sobą. I wiecie co? Nie uważam tego za nic złego – każdy z nas potrzebuje tej jednej chwili, aby się wygadać i oczyścić umysł z zawracających nam głowę myśli. Ja zaś pozwoliłam sobie na małe „wypisanie się”, aby problemy nie przysłoniły mi zdrowego obrazu sytuacji – poza tym czy któreś z Was miałoby ochotę na czytanie mojego marudzenia? Szczerze wątpię!

Skoro etap biadolenia mamy już za sobą, mogę Was spokojnie zabrać w całkiem inspirującą podróż. Motywacja może nie jest najłatwiejsza do osiągnięcia, w drodze na szczyt nie ma miejsca na skróty i nadprogramowe przystanki, ale przy odrobinie szczerej chęci jesteśmy w stanie osiągnąć ten stan szybciej, niż się spodziewamy! Chcecie wiedzieć, jaki jest mój sposób na motywację? Nie przestawajcie czytać!

Znajdź w sobie siłę, czyli przepis na motywację

Traktuję słabość jako swojego przeciwnika

Pisałam Wam już kiedyś, że tkwi we mnie silny instynkt rywalizacji. Już od dziecka wynajdywałam sobie powody do przystąpienia do rozgrywki – uwielbiałam grać w gumę, klasy i inne gry, które wymagałyby ode mnie chęci współzawodnictwa. Być może to było powodem faktu, iż na każdym ze świadectw szkolnych w klasach 1-3 napisane było „ma silne zapędy przywódcze”. Zawsze lubiłam mieć ostatnie słowo!

Dlatego ze zmotywowaniem się też prowadzę swoistą grę. Okazuje się, że jest ona trudniejszym przeciwnikiem, niż myślałam – pogrywa bowiem nieczysto, kolaborując z lenistwem i prokrastynacją. Tymczasem ja nie zamierzam się jej poddawać, zwłaszcza, że mam zbyt mało czasu na to, by lenić się kosztem niewypełnionych obowiązków! Już od szóstej rano działam na maksymalnych obrotach, nie pozwalam sobie na spokojne kawki i śniadanka, które spowalniałyby narzucony od wstania z łóżka rytm. Wystarczy bowiem jedno zagapienie się, a rywal skorzysta z rozluźnienia koncentracji, a ja tej bitwy nie mogę przegrać! Zachowuję jednak przy tym zdrowy rozsądek i słucham swojego organizmu – przecież od każdej reguły może być wyjątek!

Zakładam się sama ze sobą

Nic nie działa na mnie lepiej niż wizja wygranej. Być może dziwnie to zabrzmi, ale jestem niezwykle podatna na metodę kija i marchewki, a moim warzywem zawsze są jakieś drobne przyjemności, które obiecuję sobie za dobrze wykonaną pracę. I jak tu tych obietnic nie spełnić, kiedy w perspektywie mam smakołyki lub jakąś drobnostkę, która może wylądować w mojej szafie? Albo nowy lakier hybrydowy, od których ostatnio się uzależniłam?

Oczywiście, nie postępuję tak w przypadku każdej najmniejszej pierdoły, bo bym zbankrutowała! Dzieje się tak przede wszystkim w przypadku, gdy wisi nade mną widmo dużego projektu, czegoś na kształt żaby do zjedzenia. Motywacja jest naturalną reakcją na zaiskrzenie we mnie wizji nagrody – pracuję wtedy znacznie szybciej i efektywniej, gdyż nie mogę doczekać się tego, co dostanę w zamian za trud włożony w napisanie artykułu lub wykonanie innego zadania. Spróbujcie działać w ten sposób, a efekty przejdą wszelkie oczekiwania!

przepis na motywacje

Lody w nagrodę? Brzmi pysznie!

Rozbijam większe projekty na mniejsze zadania

Wszyscy wiemy, jak trudno porządne zmotywowanie się, gdy przed nami rysuje się widmo wielogodzinnej pracy, której trzeba będzie poświęcić się przez następne X godzin. Dlatego zawsze, kiedy znajduję się w takiej sytuacji, staram się na samym początku przygotować sensowny plan i podzielić projekt na mniejsze zadania. Jest to o tyle wygodne, że dzięki trackowaniu czasu mam wtedy znacznie lepszy obraz sytuacji, jak rozporządzam swoim czasem.

Ten moment, który dzieli taski, to doskonała okazja do zregenerowania sił i przygotowania się do następnego zadania. W przerwach staram się poświęcić kilka minut na odprężające ćwiczenia, zamknąć na chwilę oczy i, co najważniejsze, zjeść posiłek! Perspektywa zjedzenia smacznego obiadu działa na mnie dokładnie w ten sam sposób, jak przyjemności opisane w punkcie drugim – tak nie mogę się go doczekać, że staram się zakończyć zadanie jak najszybciej (pilnując oczywiście, aby osiągnąć przy tym jak najlepsze rezultaty). Tak, jestem uzależniona od jedzenia…

Żyję sukcesem, nie porażką

Rzadko kiedy pozwalam sobie na rozpamiętywanie. Zazwyczaj zbiega się to z wydarzeniami, które wpływają na mnie naprawdę dołująco – chyba każdy z nas zna taki stan, w którym ze złego nastroju jest w stanie wyłowić nas jedynie obecność drugiej osoby lub jedzenie (pewnie myśleliście, że napiszę coś o czekoladzie, ale od takiej tabliczki zdecydowanie bardziej wolę paczkę czipsów).

Kiedy jednak jestem w dobrej formie psychicznej, staram się uparcie trzymać swoich sukcesów. Pamięć o nich pozwala mi skupić się na tym, by doprowadzić swoje projekty do końca, nie zapominając o zachowaniu najwyższej jakości swojej pracy. Każde kolejne osiągnięcie przekuwam w solidną porcję dobrej energii, z której korzystam każdego dnia. Korzystanie z dobrodziejstw dobrego samopoczucia pozwala m utrzymać samodyscyplinę, tak, abym nie straciła rezonu. Następne sukcesy oznaczają bowiem jeszcze większą porcję tych pozytywnych wibracji, które odpowiedzialne są za odpowiedni poziom motywacji!

przepis na motywacje

Moje wymarzone, nawiększe ostatnio osiągnięcie!

Uśmiecham się do siebie

Mój poranny rytuał zawsze zaczynam od przyjęcia tabletek na tarczycę i wstawienia wody na herbatę. Następnie udaję się do łazienki, aby oczyścić twarz po przespanej nocy, ale zanim to zrobię, staję przed lustrem i wysyłam samej sobie promienny uśmiech. Wiem, że wydaje się Wam to niesamowicie dziwne, ale uwierzcie mi, jest niezwykle potrzebne. Dlaczego to robię?

Już od rana chcę przekazać sobie porcję pozytywnej energii! Kiedy się uśmiecham, czuję się piękniejsza, bardziej pewna siebie i przekonana o tym, że wszystko, co sobie założyłam, zakończy się powodzeniem. Jestem też gotowa na to, aby obdarzać uśmiechem wszystkich dookoła, nie szczędząc go zwłaszcza swoim najbliższym. Śmiech sprawia, że chce mi się żyć – a czyż może być lepszy powód do tego, aby być zmotywowanym już każdego poranka?


A jaki jest Wasz przepis na motywację? Podzielcie się ze mną w komentarzach swoją receptą na sukces!

krem ze szparagow

Wiosna na talerzu, czyli delikatny krem ze szparagów

Jestem mistrzynią kuchni prostej – mam w zanadrzu tysiąc pomysłów na obiady gotowe w pół godziny. Kiedy trzeba, potrafię jednak zmobilizować się do ugotowania potrawy znacznie trudniejszej, chociażby aromatycznego, długo gotowanego gulaszu. Z kolei jestem kompletną nogą, jeśli chodzi o pieczenie… Moje wypieki nadają się jedynie dla miłośników wielosmakowych zakalców. Nie zmienia to jednak faktu, że kocham gotować.

Pichcenie mnie odpręża, sprawia, że z mojej głowy w oka mgnieniu znikają dręczące mnie koszmary. A że uwielbiam, też jeść, przy okazji dogadzam sobie każdym posiłkiem jak niezwykłym rarytasem.

Dlaczego? Bo jedzenie nie ma tylko napełniać brzucha. Ma smakować i pieścić nasze kubki smakowe!

Dlatego dziś mam dla Was przepis na zupę w czterdzieści minut. Pyszny krem ze szparagów, aromatyczny i zarazem lekki obiad, który z pewnością zadowoli przynajmniej cztery głodne osoby! A ten kolor… soczysta zieleń, która tak cieszy oko, że aż chce się po posiłku wybrać na długi spacer wśród kwitnących drzew i kwiatów.

Zobacz też: Przepis na zupę z czerwonej soczewicy

Delikatny krem ze szparagów

Składniki:

  • Pęczek zielonych szparagów,
  • Nieduża cukinia,
  • Mała czerwona cebula,
  • Dwa ziemniaki,
  • Trzy ząbki czosnku,
  • 700 ml wody
  • Dwie łyżki oleju rzepakowego
  • Przyprawy: sól, pieprz, bazylia, tymianek, kolendra
  • Opcjonalnie: kawałki sera camembert

 

Sposób przygotowania:

Od szparagów odłamujemy twarde końcówki, nie przydadzą nam się w trakcie gotowania. Kroimy je na mniejsze kawałki i odstawiamy na bok. Ziemniaki obieramy i kroimy w małą kostkę. Rozgrzewamy garnek z olejem, cebulę kroimy w kosteczkę i wrzucamy do środka. Gdy się zeszkli, do garnka dokładamy ziemniaki i pozwalamy im się trochę przesmażyć, mieszając od czasu do czasu, aby nie przywarły. Cukinię również kroimy w ten sam sposób i po trzech, czterech minutach dokładamy do ziemniaków. Po kolejnych dwóch minutach wrzucamy też szparagi – najpierw łodyżki, a po minucie główki. Doprawiamy solą, pieprzem bazylią, tymiankiem i kolendrą, a także przeciśniętymi przez praskę ząbkami czosnku.

Po dwóch, trzech minutach, kiedy smaki się połączą, zalewamy zawartość garnka wodą i gotujemy wszystko pod przykryciem, na niewielkim ogniu, przez 20 minut, co jakiś czas mieszając. Warzywa z pewnością w tym czasie zmiękną i oddadzą wodzie wszystko, co w nich najsmaczniejsze.

W trakcie gotowania sprawdzamy, czy uzyskany smak na pewno nam odpowiada. Dodajcie tego, czego Wam najbardziej brakuje – to ma być Wasza zupa, jedynie na mojej bazie!

Po dwudziestu minutach jesteśmy w stanie krem ze szparagów zmiksować. Ja przed tą czynnością odstawiam na jakieś pięć, siedem minut zupę, aby trochę ostygła i „uspokoiła się”. Po tym czasie traktuję ją blenderem na gładką masę. Nie powinna wyjść bardzo gęsta.

Uwielbiam, kiedy krem ze szparagów dopełnia pokrojony w kawałki, kremowy ser. Wybrałam więc camembert, który wrzucony do zupy przyjemnie zmięknie, ale w wyraz trzymać go będzie biała skórka.

krem ze szparagów

Jak widać, mistrzynią fotografii kulinarnej też nie jestem. ale… to jest pyszne!


Mam nadzieję, że spróbujecie przygotować swoją wersję kremu w tym tygodniu. Dajcie mi znać, jak wyszło!

 

10 darmowych aplikacji na Androida, które oszczędzają czas! [SAMA UŻYWAM]

Już od kilku lat jestem aktywną użytkowniczką smartfona. Nie korzystam z niego jednak jedynie do dzwonienia, esemesowania i przeglądania Facebooka. Staram się wycisnąć z niego tak wiele, jak się da, a moi bliscy często podkreślają, że jestem człowiekiem-aplikacją :).  Kiedy pojawi się jakaś kwestia do rozwiązania, znalezienie odpowiedniego narzędzia, nie stanowi dla mnie żadnego problemu – wystarczy bowiem wiedzieć, czego i gdzie szukać!

Od kiedy zaczęłam przykładać większą wagę do organizacji swojego czasu, postanowiłam, że zamienię swój telefon z Androidem w naprawdę sprytną maszynkę. Sprawdźcie, jakich narzędzi używam, aby oszczędzić swój czas i stać się jeszcze bardziej produktywną.

10 darmowych aplikacji na Androida, od których jestem uzależniona!

  1. Todoist

Przetestowałam w ostatnich czasach kilka narzędzi do sporządzania list to-do i kontrolowania progresu swoich działań. Nie sprawdziły się u mnie też techniki papierowe, takie jak Bullet Journal, więc potrzebowałam niezawodnej apki, która za mnie uporządkuje mój dzień. W pracy zetknęłam się z Todoist – nieskomplikowaną, cudowną w swojej prostocie aplikacją, która do tego urzekła mnie nierozpraszającym designem. Dzięki niej, z łatwością łączę zajęcia na doktoracie z pracą, a dodatkowo bez trudu znajduję czas na czytanie, gotowanie i resztę moich pasji. I choć nadal staram się dodać mojemu życiu trochę spontaniczności, cieszę się, że wreszcie mam kontrolę nad moim prywatnym chaosem!

10 darmowych aplikacji na Androida

Źródło: http://androidwidgetcenter.com/

Cena: darmowy | Google Play

  1. TimeCamp*

Zdradzę Wam swój mały sekret… Mój dzień rozszerzył się o dodatkową godzinę!

Niemożliwe? Nic bardziej mylnego!

Wystarczyła jedna prosta aplikacja, bym wreszcie zapanowała nad uciekającym w zastraszającym tempie czasem. TimeCamp, bo o niej mowa, to time tracking software, czyli typowy śledzik. Dokładnie wie, co robisz na swoim komputerze lub smartfonie i sporządza dla ciebie szczegółowe raporty. Na ich podstawie możesz w prosty sposób stwierdzić, które z aktywności zabierają ci najwięcej produktywnego czasu (i dlaczego zazwyczaj jest to Facebook).

TimeCamp jest prosty w użytkowaniu, zwłaszcza w trybie automatycznego trackowania czasu. Oznacza to, że jeżeli pracujesz nad wieloma sprawami, nie musisz co chwila zmieniać projektu – aplikacja sama rozpoznaje, nad czym właśnie najbardziej się skupiasz i przypisuje ten czas do konkretnej grupy.

Dzięki TimeCampowi mam pewność, że każdą cenną minutę mojego dnia mam pod kontrolą. Nie pozwalam im uciec i z łatwością rozróżniam czas produktywny od bezproduktywnego. Dni, gdy jedną ręką obsługiwałam komputer, a drugą telefon z Facebookiem minęły bezpowrotnie. Jestem w stanie zrobić znacznie więcej w trakcie pracy, bez problemu znajduję w tygodniu godzinkę na pielęgnowanie spraw związanych z doktoratem, a dodatkowo mam więcej czasu dla siebie.

I absolutnie z tego powodu nie narzekam 🙂

10 darmowych aplikacji na Androida

Źródło: https://www.timecamp.com

Cena: darmowy | Google Play

  1. Slack

Każdy, kto chociaż raz pracował zdalnie, doskonale wie, jakim wyzwaniem jest w tym przypadku sprawna komunikacja między pracownikami. Wszelkie opóźnienia i utrudniony przepływ informacji wpływają bezpośrednio na efekty całego zespołu – zadania wykonywane są wolniej i mniej efektywnie.

Dlatego właśnie na komputerze i telefonie zawsze jest ze mną Slack, czyli miejsce rozmów i wymiany plików, z którego korzysta moja firma.

Dzięki niej ograniczyliśmy wiszenie na telefonie, niekończące się łańcuszki maili i swobodne komunikaty zostawiane za pomocą smsa czy na Facebooku. Slack jest niemalże łopatologiczny w swojej prostocie – składa się z okna rozmów i belki z kontaktami. Za jego pośrednictwem można toczyć ogólne rozmowy w większym gronie, zamknięte grupowe konwersacje czy gadać jeden na jeden. Do tego dochodzi swobodne przesyłanie plików i możliwość integracji z innymi softami.

10 darmowych aplikacji na Androida

Źródło: https://androidinfo.net/

Cena: darmowy | Google Play

  1. Blix

Jestem wierną fanką gazetek z ofertami najróżniejszych sklepów. Nie kolekcjonuję ich, ale uwielbiam być na bieżąco z przecenami i za ich pomocą przygotowywać jadłospis na tydzień do przodu. Blix umożliwia mi przeglądanie papierowych ulotek w swoim telefonie i zapisywanie, co warto kupić z danej gazetki. Czyż to nie wygodne? Jadąc tramwajem do sklepu jestem w stanie stwierdzić, czego będę potrzebować, a później w prosty sposób sporządzić listę zakupową.

Plusy? Same! Kupuję mniej, za mniejsze pieniądze, a w dodatku wszystko to, na czym mi najbardziej zależy. Idealnie!

10 darmowych aplikacji na Androida

Źródło: http://softonet.pl

Cena: darmowy | Google Play

  1. Duolingo

Staram się wykorzystać swoje 24 godziny do maksimum, dlatego nawet, gdy jadę tramwajem lub autobusem, spędzam ten czas produktywnie. Zazwyczaj oznacza to przeczytanie rozdziału książki, ale odkąd zainstalowałam na swoim telefonie Duolingo, uczę się języków w biegu. Z początku było to tylko przyswajanie nowych słówek z angielskiego, ale od niedawna postanowiłam zgłębić podstawy portugalskiego. Nie będę może ekspertem w sprawie tłumaczeń fado, ale kiedy już wreszcie trafię do tego pięknego kraju, być może uda mi się porozumieć na podstawowym poziomie!

10 darmowych aplikacji na Androida

Źródlo: https://www.lingualift.com/

Cena: darmowa | Google Play

  1. Mój kalendarzyk

Ilekroć udawałam się do ginekologa, na pytanie „kiedy ostatnio miała pani okres?” udzielałam wymijającej, niezbyt precyzyjnej odpowiedzi. Nie dlatego, że miałam coś do ukrycia, tylko po prostu zawsze zapominałam o tym, aby zaznaczyć ten dzień w papierowym kalendarzu. Mój kalendarzyk sam przypomina mi o tym, że powinnam zaznaczyć dzień rozpoczęcia okresu – wylicza na podstawie wcześniejszych danych, ile będzie trwał cykl, przypomina o wzięciu tabletki, a dla tym kobietom, które planują zajście w ciążę, udziela informacji o płodności w danym dniu.

Teraz za każdym razem, gdy jestem u lekarza, wystarczy tylko wyciągnąć telefon :).

10 darmowych aplikacji na Androida

Źródło: http://alessabeauty.blogspot.com/

Cena: darmowa | Google Play

  1. mobileMPK

Jestem osobą, która przemieszcza się za pomocą własnych nóg i komunikacji miejskiej. Posiadam prawo jazdy, ale chyba nigdy nie dorobię się własnego samochodu. Pasjonuje mnie motoryzacja, ale kierowca ze mnie żaden – kilka lat temu stłuczka skutecznie odarła mnie z chęci siadania za kierownicą.

W ciągu tygodnia dość intensywnie poruszam się w różnych kierunkach po Olsztynie, dlatego lubię mieć przy sobie aktualny rozkład jazdy, tak aby z wyprzedzeniem móc określić, ile minut zostało mi do odjazdu autobusu czy tramwaju. Dzięki mobileMPK udaje mi się to szybko i sprawnie – wybieram przystanek, z którego odjeżdżam, zaznaczam docelowy i otrzymuję szczegółowy wykaz połączeń. Apka jest niezwykle przydatna zwłaszcza wtedy, kiedy napędza mnie pośpiech!

10 darmowych aplikacji na Androida

Źródło: http://www.transport-publiczny.pl/

Cena: darmowa | Google Play

  1. Google Drive

Praca zdalna oznacza nie tylko ciągłe siedzenie w domu przy komputerze, ale również bycie w stałym kontakcie nawet wtedy, gdy się przemieszczam. Jestem aktywną użytkowniczką telefonu i doceniam również to, że wystarczy jedna aplikacja, by mieć przy sobie wszystkie potrzebne w pracy dokumenty. Moja firma korzysta z Google Drive, więc i ja używam tej aplikacji do przechowywania danych. Pozwala mi w prosty i szybki sposób dzielić się ze współpracownikami i znajomym plikami o różnym formacie i wielkości.

10 darmowych aplikacji na Androida

Źródło: http://www.theandroidsoul.com/

Cena: darmowa | Google Play

  1. Feedly

Codziennie znajduję milion rzeczy, które chciałabym przeczytać. Nie zawsze mam jednak czas, by to zrobić, gdyż często trafiam na te artykuły w trakcie pracy. Feedly pomaga mi katalogować wszystkie te strony, tak, aby nie tworzyć stu folderów w moim Chrome, w których i tak nic bym nie znalazła. Korzystam z osobnej aplikacji i nie zaśmiecam swojego telefonu. Czyż to nie wygodne?

10 darmowych aplikacji na Androida

Źródło: https://thenextweb.com/

Cena: darmowa | Google Play

  1. Pusta Miska

Tę apkę zostawiłam sobie na koniec, gdyż tak naprawdę nie wpływa w żaden sposób na moją produktywność. Dzięki niej nie zapominam jednak, aby codziennie kliknąć w zieloną, pustą miskę i napełnić ją karmą – w wirtualny sposób przekazać prawdziwe jedzenie dla polskich schronisk. Zanim powstała ta aplikacja, zapominałam wchodzić na stronę pustamiska.pl. Dziś uruchamiam ją w trakcie porannej prasówki na telefonie, by nie zapomnieć podzielić się dobrocią ze zwierzakami.

10 darmowych aplikacji na Androida

Źródło: play.google.com

Cena: darmowa | Google Play


Mój telefon to moja twierdza – strzeże upływającego czasu, sprawuje nadzór nad codziennymi sprawami, a także pozwala mi mieć kontrolę nad najważniejszymi dla mnie aktywnościami.  Nie wyobrażam sobie funkcjonowania bez wymienionych wyżej aplikacji, przyzwyczaiłam się bowiem do wsparcia, którego mi udzielają. Życie z nimi stało się dużo prostsze, choć przyznam, że nawet najsprytniejsze narzędzie nie zastąpi jasnego, spokojnego umysłu.

A wy, z jakich aplikacji korzystacie na co dzień?

 

*TimeCamp jest aplikacją, dla której pracuję.

czytnik ksiazek

5 powodów, dla których wybieram czytnik książek!

Za każdym razem, gdy wybieram się w sentymentalną wycieczkę w odmęty mojego dzieciństwa, przed oczami stają mi dwie sytuacje. O dziwo, nie są one związane z jedzeniem, chociaż w tle majaczy zawsze jakaś przekąska. Pierwszą z nich jest zapatrzenie w lecące na Polonii 1 moje pierwsze, japońskie bajki, początek przygody z tym rodzajem animacji, który odrodził się we mnie w czasach gimnazjum. Ciekawe, czy zgadniecie, co marzy mi się jako drugie?

Jeśli obstawialiście książki, wygraliście! Od momentu, kiedy nauczyłam się czytać, totalnie uległam zauroczeniu światem złożonym z literek. Wpadłam po uszy w najpiękniejsze uzależnienie – ciągłą potrzebę czytania książek. To nałóg, który w połączeniu z ukochaną muzyką daje mi ukojenie, spokój ducha i ciągły dopływ wrażeń. A nietrudno było się w nim zatracić…

Jeszcze dwa lata temu byłam zagorzałą zwolenniczką papierowych książek – tak, jak każdy tradycyjny bibliofil zakochana byłam w zapachu papieru, w samej czynności przerzucania stron i przyjemnego ciężaru egzemplarza w torebce. Z wiekiem jednak coraz bardziej zaczęłam odczuwać tę wagę i potrzebowałam znacznie lżejszego, bardziej mobilnego rozwiązania, choć zarzekałam się, że czytnika nie kupię. Tymczasem, już w kilka miesięcy później, byłam dumną posiadaczką niezwykle wygodnego, kompaktowego Kindle’a Touch 7, a przyjaźń z tą niewiele większą od telefonu deseczką zaczęła kwitnąć. Dziś się nie rozstajemy, a ja, kupując nową torebkę, zawsze sprawdzam, czy mój czytnik się do niej zmieści.

czytnik ksiazek

Źródło: kwejk.com/Sarah’s Scribbles

I choć zdarza mi się jeszcze czytać książki w tradycyjnym formacie, znacznie częściej inwestuję w ebooki, zwłaszcza wtedy, kiedy księgarnie internetowe urządzają promocje. Potrafię się wtedy naprawdę obłowić (chociaż mój stan konta poważnie cierpi z tego powodu). Papierowe egzemplarze dostaję albo w prezencie, albo nabywam je wtedy, kiedy tom nie posiada wersji cyfrowej. Zdarza się to jednak coraz rzadziej, gdyż nowości zazwyczaj natychmiast wychodzą w formie elektronicznej, a starsze publikacje także bywają digitalizowane.

Ale dość już ględzenia – sprawdźcie, dlaczego wciąż jestem dumną posiadaczką czytnika.

Czytnik książek? Oczywiście!

Jest dla mnie znacznie wygodniejszym rozwiązaniem

Czytnik książek jest niezwykle praktyczny! Ta mała deseczka ma wystarczająco dużą pojemność, aby pomieścić moją prywatną, elektroniczną biblioteczkę powieści i innych publikacji, które czytam/czytałam w ostatnim czasie. Ponadto nie zajmuje wiele miejsca w torebce, a waży tylko ciut więcej niż mój telefon. Niezależnie od tego, czy siedzę w domu, na uczelni czy w parku, czekam na kogoś w kawiarni bądź jadę tramwajem, w wygodny sposób oddaję się przyjemności czytania. Poza tym w kilka minut mogę kupić kolejną książkę, gdy skończę czytać poprzednią – kiedyś zdarzyło mi się dokonać zakupu w trakcie krótkiej chwili oczekiwania na wejście do gabinetu lekarskiego.

Komfort czytania

Czytnik książek zapamiętuje za mnie miejsce, w którym skończyłam czytać. Co za komfort, zważywszy na to, jak często zakładki wypadają mi z tradycyjnych książek, a ja nie pamiętam później numeru ostatniej przeczytanej strony! Dzięki Kindle nie muszę także skakać po rozdziałach, aby znaleźć interesujący mnie fragment, gdyż wystarczy tylko wpisać wybraną frazę, a czytnik sam ją znajdzie. Do tego ebook znacznie lepiej znosi transport niż tradycyjna książka – nie gniecie się, rogi się nie podwijają, a strony nie wypadają (tak, jak w przypadku klejonych egzemplarzy) podczas intensywnego czytania.

czytnik ksiazek

Mój mały przyjaciel – nosi ślady używania, ale wciąż cieszy mnie komfortem czytania!

Doskonale sprawdza się w podróży

Nie jestem może bardzo aktywną podróżniczką, bo Olsztyn opuszczam zazwyczaj tylko w dwóch przypadkach – jadąc do rodziców, albo do mojej siostry, do Rzeszowa. Poświęcam jednak lwią część czasu przejazdu na przeczytanie kilku rozdziałów książki i zdarza się czasami, że po prostu skończę ją całą. Czytnik jest znacznie wygodniejszy nie tylko ze względu na swoją wagę i gabaryty, ale także dzięki swojej pojemności – nie muszę się martwić, że resztę wojaży spędzę w poczuciu niedostatku lektury, gdyż zawsze mam jakąś zaległą powieść w zanadrzu.

Ebooki są tańsze niż tradycyjne książki

Nie jest to może jakaś diametralna różnica w cenie, ale uwierzcie mi, że kiedy kupuje się kilka książek naraz, te dwa-trzy złote na egzemplarzu znaczy naprawdę wiele. Do tego udaje mi się upolować, dzięki regularnemu śledzeniu promocji na portalu swiatczytnikow.pl naprawdę przyjemne promocje! Ponadto często składamy się z siostrą, także właścicielką czytnika, na zakup konkretnej pozycji. Cena dzieli się na dwoje, a żadna z nas nie musi czekać na swoją kolej czytania – obie otrzymujemy książkę w tym samym czasie!

Czytnik stanowi moją biblioteczkę, zajmując mniej miejsca w mieszkaniu

Książki od zawsze stanowiły dla mnie ważny element wyposażenia mieszkania. W moim domu rodzinnym półki uginają się od różnego rodzaju woluminów, ja też przez jakiś czas kompletowałam swoją kolekcję wydawnictw papierowych. Jednak ze względu na brak przestrzeni w miejscach, w których ostatnio mieszkam, czytnik jest dla mnie niezwykle wygodnym rozwiązaniem. Zazwyczaj po prostu leży sobie na stoliku kawowym, mieszcząc w sobie kilkadziesiąt książek, które w swojej fizycznej formie zajęłyby pewnie wszystkie dostępne półki w wynajmowanym przeze mnie mieszkanku. W przyszłości, kiedy będziemy posiadać z B. swoje własne lokum, pewnie z przyjemnością będziemy inwestować w tomy w tradycyjnym formacie, jednak na razie wariant cyfrowy zwycięża ze względu na swoją praktyczność.


Wiecie, że od kiedy przerzuciłam się z tomów papierowych na ebooki, znacznie częściej czytam? Doskonale wiem, że od pochłaniania książek nie powinno być wymówek, ale był taki moment, gdy rzadziej sięgałam po ulubione powieści ze względu na niski komfort podróżowania z książką w tradycyjnym formacie. Obecnie bez problemu „wyrabiam” swoją tygodniową normę, niemalże śpiąc z czytnikiem. I choć ma on już swoje dwa lata i nie posiada bajeranckich funkcji, jak te dostępne na obecnym rynku, uwielbiam go i polecam każdemu. Bateria starcza mi na przynajmniej miesiąc czytania (cztery książki w ciągu czterech tygodni), nie przeszkadza mi brak podświetlenia, od którego tylko męczyłyby mi się oczy, a sprzęt nie zacina się i nie sprawia problemów.

Decyzja o kupnie czytnika była strzałem w dziesiątkę – ciekawe, czy i Wy się skusicie!