Przyznaję się bez bicia do grzechu zaniedbania i lenistwa. Najbardziej ucierpiał na tym mój blog, a także mój rozwój intelektualny i fizyczny. Od sierpnia wszystko robiłam na ostatni moment – nawet sprawy uczelniane przełożyłam na wrzesień, byleby tylko, aż wstyd się przyznać, przeleżeć lato na kanapie. Taki jest faktyczny stan rzeczy: przylepiłam się do tego mebla na Kropelkę, Super Glue lub inny Vikol. I dziś zbieram tego żniwo.

Dlaczego? Bo lenistwo mogłoby być moim drugim imieniem, a trzecim słomiany zapał (pierwsze swoje zostawię, żeby zupełnie nie wyzbyć się swojej tożsamości). W głowie mam mnóstwo świetnych pomysłów, które jednak zostają w przeważającej większości na etapie pięknych idei. Czasem mam wrażenie, że choć Brzechwa żył w zupełnie innych czasach niż ja, wers „Na tapczanie siedzi leń…” powstał z myślą o mnie.

Dzisiejszy post stanowi swego rodzaju rachunek sumienia, spowiedź leniwego – próbę wytłumaczenia się przed sobą samą z wrednych grzeszków zaniechania. Gorąco wierzę bowiem, ze autoostracyzm pomoże mi uporać się z brakiem chęci do działania, który dręczy mnie już od jakiegoś czasu. Powodów tego stanu jest wiele, więc zacznijmy od nich!

Lenistwo, czyli dlaczego nie potrafię się zmienić?

Zawsze jest coś innego do zrobienia

Jestem dość zajętą osobą: pracuję, robię doktorat, a od października zaczynam nowe studia. Wszystko to wiąże się z mnóstwem obowiązków, które bez porządnego ogarnięcia piętrzą się w nieprzyjemne stosiki zadań i zobowiązań. Oczywiście jestem świadoma tego procesu wypiętrzania się, ale przecież jest obiad do ugotowania, sałatka do zrobienia, zakupy do przyniesienia, mieszkanie do posprzątania. Te wszystkie typowe pierdoły są przecież ciekawsze od artykułu, który czeka na napisanie, od kwerendy, na którą trzeba pojechać i od zadań w pracy.

Stąd właśnie bierze się odkładanie wszystkiego na ostatni moment. Coś, co muszę zrobić jest przecież mniej atrakcyjne od obowiązków domowych, których wykonanie zależy tylko do mojej dobrej woli. A ja lenię się w trakcie ich wykonywania, zamiast zrobić to, co naprawdę potrzebuje mojej uwagi i skupienia.

lenistwo

Czasem jestem jak Molten – zagrzebuję się w kocyk i rozmyślam o tym, jak wiele jeszcze jest przede mną do zrobienia!

Niewłaściwe poczucie czasu

Zawsze wydaje mi się, że mam na wszystko czas. Że trzy miesiące na napisanie artykułu to mnóstwo czasu i spokojnie mogę pozwolić sobie na solidny odpoczynek, zanim zabiorę się do pracy. Mój wewnętrzny leniuszek podpowiada mi, że zegar wcale nie tyka tak szybko, kalkulując na jak duże opóźnienie mogę sobie pozwolić, zanim nie trafi mnie szlag z powodu kolejnego celowego opóźniania wykonania zadania.

Dlatego przyrzekłam sobie, że od października zacznę prowadzić kalendarz, taki planner z prawdziwego zdarzenia. Tak, jak trackuję czas w pracy, będę śledzić wszystkie zadania z pomocą mojego Todoista (o którym pisałam tutaj) oraz papierowego kalendarza połączonego z listami rzeczy do zrobienia. Tak dłużej nie da się już bowiem żyć – czas zacząć myśleć o sobie jako o odpowiedzialnym dorosłym, na którym ciąży mnóstwo obowiązków, a nie o leniuszku, który daje mi fałszywy zapas czasu na wszystko, co czeka mnie w przyszłości.

Fałszywy egoizm

Mój siedzący na tapczanie wewnętrzny leń buduje w głowie… a właściwie, nie! Ja sama zapominam o tym, że przecież są wokół mnie ludzie, którzy nadal czegoś ode mnie oczekują: moja rodzina, mój chłopak, moi przyjaciele, nauczyciele, a także czytelnicy bloga! Tych ostatnich, mam wrażenie, że zaniedbałam najbardziej, przestając publikować regularnie nowe posty. I to właśnie przed Wami, moi drodzy, przyznaję się najbardziej do tego, że popełniłam okropny grzech zaniechania, wikłając się w fatalny romans z lenistwem.

Myśląc, że zaniedbałam tylko siebie, byłam skrajną egoistką – zapomniałam bowiem, jak bardzo nasze decyzje wpływają na życie innych ludzi. I właśnie przed chwilą cotygodniowy post na blogu wpisałam do kalendarza i Todoista, zaznaczyłam opcję powtarzania i ustawiłam przypomnienia. A żeby uwiarygodnić swoje słowa, za tydzień zapraszam Was na kontynuację tematu lenistwa i kilka rad na to, jak poradzić sobie z tym parszywym stanem! Bo skoro już znamy przyczyny i postawiliśmy diagnozę, czas na leczenie – i uwierzcie mi, nie warto tego odkładać na później!