Malowanie paznokci zawsze było dla mnie czarną magią. Mogłoby się wydawać, że to jedno z najprostszych zadań kosmetycznych, znacznie prostsze niż narysowanie czarnej kreski na powiece, jednak zawsze mnie przerastało. Dlaczego właściwie mnie to przerastało?

Zawsze powtarzam, że trzęsą mi się ręce jak staremu alkoholikowi. Dlatego pędzelek dołączony do lakieru często wypadał mi z rąk, co oznaczało nie tylko pomalowane paznokcie, ale i wszystkie skórki dookoła (nie licząc smug na stole czy biurku). Właśnie to było jednym z powodów, dla których nigdy nie przywiązywałam wagi do tego, aby posiadać zadbane dłonie – służyły mi one po prostu do pracy, a nie do tego, żeby cieszyć wzrok. W dodatku już nałożony lakier odpryskiwał zaledwie po jednym dniu noszenia, co było równoznaczne z koniecznością powtarzania całego procesu od nowa….

Co oznaczało sromotne zrezygnowanie z dalszej walki o piękne paznokcie. Wszystko z jednego, prostego powodu – nie cierpię czekać, aż lakier wyschnie! Zaczyna mnie wtedy wszystko swędzieć, a zwłaszcza partie, które są niemożliwe do podrapania bez użycia palców.

Okazało się jednak, że istnieje lekarstwo na to na moją przypadłość. Zakładam, że nie będziecie zdziwieni, że to manicure hybrydowy! Pierwszy raz zetknęłam się nim na studiach – to właśnie wtedy Agata zadbała o moje paznokcie (dziękuję! <3). Pamiętam, że nie potrafiłam się wtedy zdecydować na żaden inny kolor niż czerwony, nie mówiąc już o wprowadzeniu jakichkolwiek zdobień. Wtedy przygoda z hybrydami trwała niezwykle krótko, nie doceniłam bowiem wygody, jaką daje ten rodzaj manikiuru. Och, durna ja… Przecież dłoń wygląda tak pięknie, kiedy posiada się piękne, zadbane paznokcie!

A gdyby tak spróbować znów?

Kiedy jednak nieco zmieniła się moja sytuacja życiowa, stwierdziłam, że warto wreszcie przestać obgryzać paznokcie. Niestety, ta przypadłość towarzyszyła mi od kiedy pamiętam. Doskonale zdaję sobie z tego sprawę (i zdawałam), że jest to wyjątkowo obrzydliwy nałóg, ale wtedy przymus obżerania był wyjątkowo silny. Skutkiem tego były jednak słabe, rozdwajające się, brzydkie paznokcie, o które na szczęście zadbała kosmetyczka z mojego miasteczka. Półtora roku temu Pani Kinga nałożyła mi tak cudne hybrydy, że chciałam pójść znów, spróbować kolejnego wzoru. Po prostu… Zakochałam się!

manicure hybrydowy

A to moje ostatnie hybrydy. Zakochałam się w kolorze 094 Pink Gold!

Po przeprowadzce do Olsztyna coraz trudniej było mi umawiać się do niej na wizyty, dlatego podjęłam decyzję o tym, aby zainwestować we własny zestaw do robienia manicure hybrydowego. Za każdym razem, kiedy odwiedzałam panią Kingę, podpatrywałam co robi, więc nie było to dla mnie rzeczą niemożliwą do wykonania. Jedyne, co musiałam okiełznać, to trzęsące się ręce – nie było łatwo, ale w końcu zrobiłam swoje pierwsze hybrydy! I byłam z tego niezwykle zadowolona.

Na jaki zestaw się zdecydowałam, czyli początek przygody z manicure hybrydowym

Był to właściwie mój prezent urodzinowy, którego nieświadomymi fundatorami byli moi rodzice :). Po wielu dniach poszukiwania, czytania opinii użytkowniczek i porównywania cen wybrałam zestaw startowy Semilac Effective z malutką, poręczną lampą 9V, idealną do przygotowywania hybryd w warunkach domowych. Mimo jej gabarytów i otwartych kształtów, jest naprawdę wydajna – opracowałam już własny sposób utwardzania lakierów, który na razie działa bez zarzutu. Sam zestaw zajmuje naprawdę niewiele miejsca, gdyż na razie (dokupiłam już kilka drobiazgów, w tym staram się powiększać swoją kolekcję lakierów) zajmuje całkiem zgrabne pudełko do butów ze sklepu internetowego Renee.pl.

manicure hybrydowy

Troszkę się już tego nazbierało…

W skład zestawu startowego wchodziły, oprócz lampy:

  • Semilac Base 7ml,
  • Semilac Mini 3 ml (022 Mint, 130 Sleeping Beauty, 032 Biscuit, 068 Delicate Red, 079 Dark Green),
  • Semilac Top 7ml,
  • Waciki bezpyłowe 250 szt,
  • Semilac Acetone 50 ml,
  • Semilac Nail Cleaner 50 ml,
  • Semilac Striper,
  • 2 drewniane pilniki,
  • blok polerski.

Nałożenie pierwszych hybryd zajęło mi mnóstwo czasu, gdyż wraz ze zdjęciem świątecznego wzoru przygotowywałam je przez ponad trzy godziny. Okazało się to jednak łatwiejsze niż myślałam! Krok po kroku, tak jak Pani Kinga i wedle instrukcji Semilaca, pomalowałam paznokcie kolorami Biscuit i Delicate Red. Troszkę nierówno, troszkę nieporadnie, ale udało się! Początek przygody z własnym zestawem do manicure hybrydowego przyniósł mi mnóstwo radości, gdyż udowodniłam sobie, że potrafię zrobić je bez niczyjej pomocy.

manicure hybrydowy

Uzależniłam się od powiększania swojego zestawu!

Następnym razem było już tylko łatwiej! Od zakupu mijają dziś dwa miesiące, a ja zdążyłam już pomalować w ten sposób paznokcie pięć razy (w tym zrobiłam swój pierwszy efekt syrenki!). W tym czasie zużyłam cały aceton, pół cleanera, wytarłam troszkę bloczek polerski i pilniki, a także pozbyłam się kilkudziesięciu wacików. Lampa działa bez zarzutu, wiec przyznaję, że zestaw ten był strzałem w dziesiątkę, to naprawdę dobry zakup! Lakiery, które wchodziły w skład tego kompletu zużyły się nieznacznie. Starczą mi jeszcze na długo, chociaż przyznam, że trudno powstrzymać mi się przed kupnem kolejnych…

Jeżeli wciąż zastanawiasz się nad tym, czy zacząć swoją przygodę z własnoręcznym robieniem manikiuru hybrydowego, nie wahaj się – to naprawdę nic trudnego! Wprawdzie to dość pracochłonne zajęcie, niewprawnej ręce zajmuje to znacznie więcej czasu niż kosmetyczce, ale pomyślcie sobie – to dwie godziny tylko dla Was i całkiem przyjemny sposób na mały relaks. Ja się już wciągnęłam, Ty też możesz! 🙂