Kiedy zaczynałam nową pracę, spodziewałam się tego, że rodzina i przyjaciele ucieszą się, a znajomi być może mi pogratulują i będą trzymali kciuki w geście „powodzenia”. Ilekroć jednak słyszę o tym, że spotkało mnie niebywałe szczęście, gdyż pracuję zdalnie, trochę zalewa mnie krew. Zalewa, bo już wiem, że na dłuższą metę jest to męczące. A  trochę, ponieważ sama myślałam o tym w ten sposób niecały rok temu. 

Z natury jestem introwertyczką, wolę spędzać czas w domu zamiast wypełniać wieczory odwiedzaniem najróżniejszych miejsc. Znacznie lepiej czuję się w towarzystwie rodziny i przyjaciół niż poznawać nowych ludzi, a mój przepis na idealny wieczór jest banalny – lampka wina bądź butelka kraftowego piwa oraz kilka rozdziałów nowej książki (SF/fantasy). Mama śmieje się ze mnie, że przykleiłam się już do kanapy i ciężko mi niedługo będzie z niej zejść. A jak się nad tym dłużej zastanowić, to ma rację. I to nawet nie wie, jak bardzo.

Praca zdalna – dlaczego nie jest dla mnie?

Przemyślenia po 10 miesiącach pracy w domu

Straciłam poczucie czasu

Pracując zdalnie, rzadko muszę pojawiać się w biurze – tak naprawdę byłam w nim tylko raz, gdyż siedzibę mojej firmy i miasteczko, w którym mieszkam dzieli jakieś 450 kilometrów. Wszystkie bieżące sprawy omawiam z moimi współpracownikami przez Slack (poświęcę mu czas w następnych postach), z moim CMO jestem w stałym kontakcie telefonicznym i mailowym, a wszystkie moje aktywności i tak wykonuję przy użyciu komputera i smartfonu. Przez kilka godzin dziennie jestem niemalże przyspawana do swoich urządzeń i nie opuszczam swojego pokoju. I tak naprawdę nie robię tego aż do następnego rana, bowiem jedno pomieszczenie służy mi zarówno jako biuro, jak i za sypialnię.

Oczywiście kiedyś wydawało mi się, że to świetny pomysł – przecież nie tracę czasu na dojazdy, nie muszę wstawać przynajmniej godzinę wcześniej (byłam z tego najbardziej zadowolona zwłaszcza w miesiącach zimowych, kiedy szaruga za oknem nie skłaniała do szybszego wstawania z łóżka). Z nadejściem wiosny i cieplejszych dni zaczęło być to jednak męczące, a ja nabrałam ochoty na codzienny spacer z rana i po południu… Zaczęłam dusić się we własnych czterech ścianach.

Straciłam też poczucie czasu – moje dni upływały codziennie tak samo – od włączenia do wyłączenia komputera. Codzienna rutyna stała się niemalże zautomatyzowana – śniadanie o ósmej, następnie kilka godzin spędzonych przed ekranami, spacer z psem i sen, z którego wybudzały mnie sny o tym, czego jeszcze nie zrobiłam w pracy. Może noc nie mieszała mi się z dniem, ale przestałam orientować się w tym, która może być godzina, dopóki nie spojrzałam na zegarek lub mama nie zawołała mnie o czternastej na obiad. Musicie przyznać, że higiena mojej pracy była na nieco żałosnym poziomie. Nie miałam nawet kiedy oczyścić swojego umysłu albo byłam zbyt leniwa, by to zrobić.

praca zdalna

Zazwyczaj wygląda to tak…

Rozleniwiłam się

Możliwość niewychodzenia z domu okazała się bardziej kusząca niż przypuszczałam. Przecież w domu jest ciepło i przyjemnie, a na dodatek zawsze można sięgnąć coś z lodówki. Przytyłam przez to przynajmniej pięć kilo – wyjście do kuchni zaczęło bowiem dla mnie stanowić coś w rodzaju krótkiego spaceru dla rozprostowania kości. Straciłam ochotę na to, żeby się malować i ładnie ubierać – na początku pracy przyjęłam bowiem zasadę, że te dwie czynności pomogą mi nie zapomnieć o tym, że jestem w pracy. Zdarzało się to nagminnie podczas pobytów u siostry, kiedy to naprzemiennie siadałam do komputera i opiekowałam się kilkumiesięcznym chrześniakiem. Bo przecież dziecko mogłoby pobrudzi mi nową, piękną koszulę…

Oprócz większego brzucha i braku motywacji pojawiły się także kłopoty z przyklejeniem się do kanapy. Na niej bowiem śpię, pracuję, czytam – mało brakowało, a zaczęłabym na niej jeść. Nie mam bowiem w pokoju miejsca na biurko, a w salonie tato nagminnie ogląda telewizję. Jedynym plusem całej tej sytuacji jest dojście do wniosku, ze mieszkanie z rodzicami jest pod względem higieny psychicznej koszmarem. Oczywiście, nie muszę płacić za wynajem mieszkania, codziennie mam śniadanie i obiad podstawione pod nos, a na koncie rośnie suma zaoszczędzonych pieniędzy. Wszystko to jest jednak okupione nieustannym mętlikiem w głowie.

Zaczęłam mieć problemy ze zdrowiem fizycznym

Niemalże całą dobę spędzam obecnie na swojej kanapie. Nie mogę powiedzieć, że jest niewygodna – jest bowiem twarda, a po złożeniu układa się kąt prosty, co wymusza na mnie zdrową postawę ciała w trakcie siedzenia. Jednakże dochodzi do tego także mój laptop, którego cały czas muszę trzymać na swoich kolanach, wspartego na poduszce kupionej w Ikei. Jestem praworęczna, więc najbardziej cierpi na tym moja prawa ręka – nabawiłam się bowiem zapalenia nerwu łokciowego. Nieustannie czuję mrowienie i ból w palcach, a także co jakiś czas sztywność całej kończyny. Lekarstwem na to jest używanie myszki zamiast touchpada, jednakże opcja ta na razie odpada – ciężko mi jest znaleźć odpowiednie miejsce do pracy z tym sprzętem bez noszenia słuchawek przez osiem godzin pod rząd.

Do bólu prawej dłoni dochodzi także codzienny ból głowy.  Odczuwam także ból i pieczenie oczu – wiem, że jest z nimi wszystko w porządku, gdyż regularnie chodzę do okulisty. Problem minął, kiedy zaczęłam używać kropli nawilżających i natłuszczających, ale po jakimś czasie wrócił. Oczy były bowiem głodne owego specyfiku, co spowodowało, że muszę je zakraplać przynajmniej trzy razy dziennie. Regularnie wietrzę pokój, zwłaszcza teraz, kiedy jest tak ciepło. Zamykam oczy na chwilę przynajmniej kilka razy w ciągu pracy, masuję skronie… Pomaga jednak na krótką metę. Gdybym tylko miała okazję pójść do pracy i z niej wrócić…

Spędzam jeszcze mniej czasu z rodziną i przyjaciółmi

Pomimo tego że mieszkam z rodzicami, nie rozmawiamy ze sobą często. Czasami zdarza mi się usiąść z mają w kuchni i pogadać, nawet o głupotach, ale i tak kończy się to na wieczorze spędzonym samotnie w swoim pokoju (na szczęście jest Skype i mogę za jego pośrednictwem porozmawiać ze swoim chłopakiem).

Na wszelkie pytania zaczęłam odpowiadać zdawkowo, a każda próba rozpoczęcia dłuższej rozmowy ponosiła sromotną klęskę. „Przecież wszystko o mnie wiedzą, to dlaczego mam się powtarzać jeszcze raz?”, myślałam sobie.

Z mojego miasteczka wyjechały już wszystkie osoby, z którymi miałabym ochotę się zobaczyć. Moi najlepsi przyjaciele są rozsiani po Polsce i po świecie, z bratem widzę się przynajmniej raz w tygodniu, a siostra mieszka kilkaset kilometrów stąd.  Zostały mi już tylko rutynowe, kilkunastominutowe wieczorne spacery z psem i głowa pełna różnorakich myśli. 

praca zdalna

A przy odrobinie szczęścia nawet tak!

Poziom mojej samodyscypliny spadł do zera

Dom to miejsce, w którym czuję się naprawdę bezpiecznie. Ale kiedy następuje moment, gdy to bezpieczeństwo związane jest ze stopniowym wycofywaniem się ze społeczeństwa, zaczyna dziać się coś bardzo nie w porządku.

Od kiedy skończyłam studia i zaczęłam pracę w trybie zdalnym, przestał nade mną wisieć swego rodzaju bat, a zaczęło towarzyszyć przekonanie, że przecież wszystko zdążę jeszcze zrobić, w końcu nie muszę nigdzie iść. Straciłam swój instynkt rywalizacji i chęć wykonania wszystkiego jak najlepiej potrafię, a przyjęłam postawę „będzie co ma być”. I źle się to dla mnie skończyło.

Jedyną osobą, która potrafiła mnie zdyscyplinować, jest moja mama –to ona wyganiała mnie z domu na dłuższy spacer z psem bądź popołudniowe zakupy. Czasem musiałyśmy motywować siebie nawzajem – ja sama niewiele robiłam poza obrębem mojego pokoju, a jeszcze irytowało mnie, że ona spędza tyle czasu w domu.

Czasami zastanawiam się, co jest gorsze dla mojej psychiki – zdalny charakter pracy czy mieszkanie z rodzicami. Podejrzewam, że gdybym mieszkała nie w trzynastotysięcznym, a kilkusettysięcznym mieście, byłoby mi znacznie łatwiej, chociażby dlatego, że musiałabym pokonywać znacznie większe odległości w trakcie załatwiania różnych spraw. I wiecie co? Już niedługo to zrobię. Rodzice, chociaż przyzwyczaili się do mojej obecności w domu, doskonale mnie rozumieją, co bardzo mnie cieszy.

A jakie są prawdopodobne plusy mojej przeprowadzki?

  • Odzyskam poczucie czasu, gdyż będę musiała wychodzić z domu – chociażby po zakupy,
  • Schudnę, gdyż będę musiała sama sobie gotować. Wreszcie powrócę do lżejszych dań niż te z maminej kuchni (choć uwierzcie mi, ta kobieta tak pysznie gotuje…),
  • Przestanę być leniwa, gdyż znów na mojej głowie będzie więcej obowiązków,
  • Skończą się moje problemy ze zdrowiem – postanowiłam, że w wynajętym mieszkaniu wygospodaruję jasny kącik do pracy wygodnym stolikiem i krzesłem,
  • Przestanę izolować się od świata,
  • Znów będę bardziej zdyscyplinowana – w końcu pogodzenie ze sobą pracy zawodowej i doktoratu będzie ode mnie wymagało większego zaangażowania i elastyczności.

Chcę, żeby mi się udało – pokładam w tym wiele nadziei! Codziennie cicho mruczę sobie pod nosem, że jeszcze tylko trzy miesiące do wyprowadzki… Wiem, że ponowne oderwanie się od gniazda rodzinnego będzie trudne, ale mam nadzieję, ze otrzymam odpowiednie wsparcie od najbliższych.

Efektami związanymi z przeprowadzką na pewno się podzielę!