Od kiedy pracuję zdalnie, każdy dzień jest dla mnie walką o  zmotywowanie się do wykonywania codziennych czynności. Uwierzcie mi, nie przesadzam, pisząc o walce – już od rana trwa we mnie wewnętrzna bójka między uciążliwym lenistwem, a wrodzoną chęcią do działania. I choć mój uporządkowany, codzienny plan rzadko kiedy ulega jakimkolwiek zmianom, bywają okresy, kiedy jest mi szczególnie trudno zadbać o to, by wszystkie zadania zostały wykonane na tip-top.

Zastanawiacie się pewnie, jak w takim razie funkcjonuję między domem, pracą a doktoratem, skoro nowy post zaczęłam od lamentów i narzekań. Ten wstęp zabrzmiał raczej jak spory akapit użalania się nad sobą. I wiecie co? Nie uważam tego za nic złego – każdy z nas potrzebuje tej jednej chwili, aby się wygadać i oczyścić umysł z zawracających nam głowę myśli. Ja zaś pozwoliłam sobie na małe „wypisanie się”, aby problemy nie przysłoniły mi zdrowego obrazu sytuacji – poza tym czy któreś z Was miałoby ochotę na czytanie mojego marudzenia? Szczerze wątpię!

Skoro etap biadolenia mamy już za sobą, mogę Was spokojnie zabrać w całkiem inspirującą podróż. Motywacja może nie jest najłatwiejsza do osiągnięcia, w drodze na szczyt nie ma miejsca na skróty i nadprogramowe przystanki, ale przy odrobinie szczerej chęci jesteśmy w stanie osiągnąć ten stan szybciej, niż się spodziewamy! Chcecie wiedzieć, jaki jest mój sposób na motywację? Nie przestawajcie czytać!

Znajdź w sobie siłę, czyli przepis na motywację

Traktuję słabość jako swojego przeciwnika

Pisałam Wam już kiedyś, że tkwi we mnie silny instynkt rywalizacji. Już od dziecka wynajdywałam sobie powody do przystąpienia do rozgrywki – uwielbiałam grać w gumę, klasy i inne gry, które wymagałyby ode mnie chęci współzawodnictwa. Być może to było powodem faktu, iż na każdym ze świadectw szkolnych w klasach 1-3 napisane było „ma silne zapędy przywódcze”. Zawsze lubiłam mieć ostatnie słowo!

Dlatego ze zmotywowaniem się też prowadzę swoistą grę. Okazuje się, że jest ona trudniejszym przeciwnikiem, niż myślałam – pogrywa bowiem nieczysto, kolaborując z lenistwem i prokrastynacją. Tymczasem ja nie zamierzam się jej poddawać, zwłaszcza, że mam zbyt mało czasu na to, by lenić się kosztem niewypełnionych obowiązków! Już od szóstej rano działam na maksymalnych obrotach, nie pozwalam sobie na spokojne kawki i śniadanka, które spowalniałyby narzucony od wstania z łóżka rytm. Wystarczy bowiem jedno zagapienie się, a rywal skorzysta z rozluźnienia koncentracji, a ja tej bitwy nie mogę przegrać! Zachowuję jednak przy tym zdrowy rozsądek i słucham swojego organizmu – przecież od każdej reguły może być wyjątek!

Zakładam się sama ze sobą

Nic nie działa na mnie lepiej niż wizja wygranej. Być może dziwnie to zabrzmi, ale jestem niezwykle podatna na metodę kija i marchewki, a moim warzywem zawsze są jakieś drobne przyjemności, które obiecuję sobie za dobrze wykonaną pracę. I jak tu tych obietnic nie spełnić, kiedy w perspektywie mam smakołyki lub jakąś drobnostkę, która może wylądować w mojej szafie? Albo nowy lakier hybrydowy, od których ostatnio się uzależniłam?

Oczywiście, nie postępuję tak w przypadku każdej najmniejszej pierdoły, bo bym zbankrutowała! Dzieje się tak przede wszystkim w przypadku, gdy wisi nade mną widmo dużego projektu, czegoś na kształt żaby do zjedzenia. Motywacja jest naturalną reakcją na zaiskrzenie we mnie wizji nagrody – pracuję wtedy znacznie szybciej i efektywniej, gdyż nie mogę doczekać się tego, co dostanę w zamian za trud włożony w napisanie artykułu lub wykonanie innego zadania. Spróbujcie działać w ten sposób, a efekty przejdą wszelkie oczekiwania!

przepis na motywacje

Lody w nagrodę? Brzmi pysznie!

Rozbijam większe projekty na mniejsze zadania

Wszyscy wiemy, jak trudno porządne zmotywowanie się, gdy przed nami rysuje się widmo wielogodzinnej pracy, której trzeba będzie poświęcić się przez następne X godzin. Dlatego zawsze, kiedy znajduję się w takiej sytuacji, staram się na samym początku przygotować sensowny plan i podzielić projekt na mniejsze zadania. Jest to o tyle wygodne, że dzięki trackowaniu czasu mam wtedy znacznie lepszy obraz sytuacji, jak rozporządzam swoim czasem.

Ten moment, który dzieli taski, to doskonała okazja do zregenerowania sił i przygotowania się do następnego zadania. W przerwach staram się poświęcić kilka minut na odprężające ćwiczenia, zamknąć na chwilę oczy i, co najważniejsze, zjeść posiłek! Perspektywa zjedzenia smacznego obiadu działa na mnie dokładnie w ten sam sposób, jak przyjemności opisane w punkcie drugim – tak nie mogę się go doczekać, że staram się zakończyć zadanie jak najszybciej (pilnując oczywiście, aby osiągnąć przy tym jak najlepsze rezultaty). Tak, jestem uzależniona od jedzenia…

Żyję sukcesem, nie porażką

Rzadko kiedy pozwalam sobie na rozpamiętywanie. Zazwyczaj zbiega się to z wydarzeniami, które wpływają na mnie naprawdę dołująco – chyba każdy z nas zna taki stan, w którym ze złego nastroju jest w stanie wyłowić nas jedynie obecność drugiej osoby lub jedzenie (pewnie myśleliście, że napiszę coś o czekoladzie, ale od takiej tabliczki zdecydowanie bardziej wolę paczkę czipsów).

Kiedy jednak jestem w dobrej formie psychicznej, staram się uparcie trzymać swoich sukcesów. Pamięć o nich pozwala mi skupić się na tym, by doprowadzić swoje projekty do końca, nie zapominając o zachowaniu najwyższej jakości swojej pracy. Każde kolejne osiągnięcie przekuwam w solidną porcję dobrej energii, z której korzystam każdego dnia. Korzystanie z dobrodziejstw dobrego samopoczucia pozwala m utrzymać samodyscyplinę, tak, abym nie straciła rezonu. Następne sukcesy oznaczają bowiem jeszcze większą porcję tych pozytywnych wibracji, które odpowiedzialne są za odpowiedni poziom motywacji!

przepis na motywacje

Moje wymarzone, nawiększe ostatnio osiągnięcie!

Uśmiecham się do siebie

Mój poranny rytuał zawsze zaczynam od przyjęcia tabletek na tarczycę i wstawienia wody na herbatę. Następnie udaję się do łazienki, aby oczyścić twarz po przespanej nocy, ale zanim to zrobię, staję przed lustrem i wysyłam samej sobie promienny uśmiech. Wiem, że wydaje się Wam to niesamowicie dziwne, ale uwierzcie mi, jest niezwykle potrzebne. Dlaczego to robię?

Już od rana chcę przekazać sobie porcję pozytywnej energii! Kiedy się uśmiecham, czuję się piękniejsza, bardziej pewna siebie i przekonana o tym, że wszystko, co sobie założyłam, zakończy się powodzeniem. Jestem też gotowa na to, aby obdarzać uśmiechem wszystkich dookoła, nie szczędząc go zwłaszcza swoim najbliższym. Śmiech sprawia, że chce mi się żyć – a czyż może być lepszy powód do tego, aby być zmotywowanym już każdego poranka?


A jaki jest Wasz przepis na motywację? Podzielcie się ze mną w komentarzach swoją receptą na sukces!