Stało się. Dwa tygodnie temu dopadło mnie choróbsko stulecia. Paskudna, męcząca grypa, która wyssała ze mnie niemalże całą dobrą energię, którą zdążyłam zgromadzić od momentu zakończenia sylwestrowej zabawy. I wiecie co? Chyba odzwyczaiłam się od chorowania, bo zapomniałam już, jak bardzo jęcząco-zrzędząca potrafię być, kiedy gorączka wzrasta ponad 39 stopni. 

To nieco spóźniony, walentynkowy post – pierwotne założenie było zupełnie inne, gdyż moja wyobraźnia zaniosła mnie w kierunku połączenia kuchni z muzyką. Dopadł mnie jednak taki światłowstręt, że jedyne, na co się zdobyłam, to wrzucenie przepisu na aromatyczny sos do makaronu, który miałam w zanadrzu.
Najbardziej jednak było mi wtedy żal pięknej pogody, bo oknem słońce świeciło tak pięknie, że chciałoby się wybiec z domu na dwór i cieszyć nim nie tylko oczy, ale i zziębniętą zimą skórę.

W tym całym gorączkowo-grypowym szaleństwie spokój odnalazł jedynie mój chłopak. Człowiek, który jedną miną rozbawia mnie do łez, a jednym słowem potrafi równocześnie rozgniewać, by za chwilę wywołać uśmiech na mojej twarzy. I wciąż zaskakuje mnie drobnymi gestami, w których znajduję swoją bezpieczną przystań.

Bo naturalny sposób na to, by łatwiej przetrwać chorobę, to obecność bliskiej osoby!

Obiad pod nos

Zmogło mnie w tym roku wyjątkowo – już dawno nie czułam takiej bezsilności, jak w piątek, gdy nadludzkim wysiłkiem było dla mnie dotarcie do szpitala, aby dostać się do nocnej opieki zdrowotnej. Brak energii spotkał się zaś z podstawowym objawem świadczącym o tym, że ruda jest chora – kompletnym brakiem apetytu. Tymczasem codziennie pod nos miałam podstawianą ciepłą zupę, jogurt czy kawałek pączka, żebym tylko mogła bezpiecznie zjeść porcję antybiotyków i leków przeciwwirusowych. W gratisie otrzymałam też pomoc w trafieniu łyżką do buzi… Uwierzcie mi, że dla mnie to kwintesencja szczęścia.

przetrwac chorobe

Bo smakujące jak chemiczna cytrynka lekarstwo smakuje znacznie lepiej z kubka od niego 🙂

Dobre słowo na zły dzień

W trudnych chwilach przekonuję się, jak ważne i potrzebne są proste gesty. Nie te wyszukane, związane z kupnem bukietu kwiatów, czy upominków, ale po prostu kilka miłych słów czy ekstra porcja drapanka po plecach. Kiedy siedzieliśmy w szpitalu, czekając na moją kolej, mój chłopak powiedział mi, że i tak wyglądam najpiękniej na świecie.

I wiecie co? Dokładnie tak się poczułam! To nic, że ciekło mi z nosa, każde kolejne zdanie musiałam przerywać przez atak kaszlu, a gorączka rozpalała mi policzki. Ktoś mógłby powiedzieć, że to mała porcja wazeliny, że to +10 do podlizywania się, ale uwierzcie mi, że dzięki tym słowom uśmiechnęłam się pierwszy raz w ciągu dnia. I choroba stała się znacznie łatwiejsza do zniesienia.

Przetrwać zły humor

Znacie kogoś, kto w trakcie choroby tryska optymizmem lub rozdaje uśmiechy na prawo i lewo? Ja na pewno nie należę do tego grona – staję się wówczas wyjątkowo markotna, jakby jakiś mały skrzacik włączył ukryty gdzieś we mnie przycisk uruchamiający dodatkowe pokłady smutku. I choć czuję, że resztki dobrego humoru próbują przedostać się przez mur nieprzyjemności, niezwykle trudno jest je ze mnie wydobyć.

przetrwac chorobe

Posprzątał mieszkanie i przyniósł kwiatki. A do tego podarował sporą porcję uśmiechu!

Dlatego dziwię się, że On nie uciekł, gdzie pieprz rośnie, słysząc pierwsze pokasływania i wydmuchiwanie nosa. Nie dość, że nie zdezerterował, to jeszcze gotował, przytulał i rozśmieszał! Dusza-człowiek, który dzielnie pilnował, aby w porę wyłączyć dźwięk w trakcie reklam podczas oglądania „Miodowych lat” na Ipli. A do tego łamał na połowę wielkie tabletki, które chyba tylko cudem można by było połknąć w całości podczas infekcji gardła. Wszystkie te gesty sprawiły, że znacznie łatwiej było mi znieść tę grypę dwudziestosześciolecia.

Zimowe choróbska są wyjątkowo trudne do zniesienia – pogoda nie sprzyja bowiem szybkiemu wyzdrowieniu, nie mówiąc o zachowaniu dobrego humoru. Dla mnie niezwykle ważna jest obecność kogoś bliskiego, osoby, która wytrzyma ze stokrotnie bardziej zrzędliwą wersją mnie samej, nie tracąc przy tym powodów do uśmiechu. To dzięki niemu grypsko nie było takie straszne, jak je malują – a uwierzcie mi, że przygotowana przez niego zupa smakowała lepiej, niż supermięsna lazania lub każde ziemniaczane danie…

A kto Wam pomaga przetrwać te paskudne, chorobowe dni? 🙂