Chyba nie przesadzę, jeśli napiszę, że każdy z nas miewa takie dni, które już od samego początku nie skłaniają do opuszczenia łóżka. Siła przyciągania miękkiej, ciepłej pościeli zdaje się być wtedy tak wielka, że nie jesteśmy w stanie dobrowolnie zmusić się do podniesienia głowy z poduszki. Jedynie codziennie obowiązki wypychają nas w stronę łazienki i kubka kawy lub herbaty, chociaż nadal co chwila nachodzą nas czarne myśli.

I choć takie „czarne piątki” zdarzają nam się często i niezależnie od daty, każdy taki dzień jest najgorszym dniem w roku. Zawsze.

Nie wiem, co zdarza się Wam, ale mnie w tym okresie wybitnie nie układają się włosy. Moje długie, zdrowe pasma nagle zamieniają się w skołtunione, rude kłaki, które nawet w najzwyklejszym kitku wyglądają jak ostatnie nieszczęście. Patrzę wtedy na swoje odbicie w lustrze i nijak nie mogę uwierzyć, że w tym dniu może mi się jeszcze przydarzyć coś dobrego.

I wiecie, co wtedy robię? Uśmiecham się do siebie. Po prostu, szczerzę zęby w stronę tej dziewczyny, która jeszcze przed chwilą ledwie zwinęła się z łóżka. Robię to dlatego, bo wiem, że uśmiech zamienia najtrudniejsze sytuacje w takie, z którymi łatwiej jest sobie poradzić. A od uśmiechu zaczyna się lawina małych przyjemności!

Moje małe przyjemności na paskudne dni

Randka z garnkiem i patelnią

Niezawodnym sposobem na poprawienie mi humoru jest kuchenny ambaras. Przygotowuję sobie wtedy to, na co mam największą ochotę. I nie chodzi tu wcale o wykwintne, drogie potrawy, na które na co dzień z racji ograniczonych funduszy nie mogę sobie pozwolić, ale po prostu o dania, które powodują błogostan na języku i w żołądku. Jednego dnia mogą to być pierogi, które są wymagające ze względu na czasochłonność, innego zapiekanka, w której różne rodzaje sera, mięska i warzyw bulgocą wesoło w naczyniu żaroodpornym.

zły humor

Wystarczy talerz pełen dobrego makaronu i zły nastrój mija, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki!

Być może jest tak, że wraz z wejściem do kuchni (z zamiarem gotowania, oczywiście) wzrasta u mnie w sposób naturalny poziom endorfin. Moja podświadomość reaguje ekscytacją i podnieceniem, a mózg przekazuje sygnały o przyjemności do reszty ciała. Takiemu pichceniu, a później kosztowaniu, może towarzyszyć jedynie promienny uśmiech!

Piwna rozpusta

Doskonale wiem, że zapijanie problemów alkoholem jest najgorszym wyjściem z sytuacji, jakie tylko można wybrać. Kieliszek wódki lub szklanka whisky z colą poprawia nam nastrój dosłownie na chwilę, a kiedy moment zadowolenia minie, zły humor powraca ze zdwojoną siłą. Dlatego właśnie zamiast rozmieniać się na drobne, sięgam po… butelkę!

zły humor

Taki tam, mały zestawik 🙂

A mianowicie, po słuszną porcję piwa z jakiegoś małego, regionalnego browaru. A najchętniej po złocisty płyn w klimatach Pale Ale, najlepiej z cytrusową nutą i posmakiem kolendry. Ach, mogłabym wymieniać nazwy i rzemieślników, które owe napoje tworzą bez końca, ale to w sumie temat na osobny post… I wiecie co? Na samą myśl o tych pysznościach dzień staje się lepszy!

Kartka po kartce, czyli idziemy na zakupy

Podobno nie ma kobiety, której wyprawa do sklepu nie poprawiłaby humoru. I przyznam się szczerze, że nie jestem wyjątkiem od reguły – kocham zakupy i towarzyszące im szaleństwo!

Dlatego kiedy budzę się z tym fatalnym przeczuciem, że to będzie zły dzień i lepiej byłoby nie opuszczać łóżka, juz wiem, jest tylko jedno wyjście w przypadku, gdy gotowanie nie spełni swojego zadania. Po skończonej pracy wybieram się na poszukiwanie pocieszacza idealnego, skrojonego dokładnie na moje potrzeby… Cieszącego oczy i sprawiającego, że będzie się chciało do niego wracać raz po raz…. Prezentu ode mnie dla mnie, czyli… książki!

zły humor

Obowiązkowa porcja czytania przed snem!

Pewnie spodziewaliście się nowej koszuli, spódnicy czy pary spodni, ale nie – ubrania nie są w stanie poprawić mi humoru w takim stopniu, jak nowa powieść ulubionego autora. To właśnie dzięki niej wiem, że kilka następnych wieczorów zarezerwuję tylko dla siebie, a podróże autobusem na uczelnię czy angielski staną się znacznie przyjemniejsze. Rzucam się jak lwica na strony z ebookami, w poszukiwaniu smacznego kąska… Warto więc czasem wstać lewą nogą!

A najczęściej kupuję ksiażki na virtualo.pl i publio.pl – można złapać ebooki w naprawdę rewelacyjnych cenach!

Jedno spojrzenie

Jednak poza wszelką kolejnością znajduje się jedna rzecz, która nie wymaga ani nakładów finansowych, ani nadmiernego wysilania szarych komórek. To pocieszacz, który sprawia, że nawet przez grubą warstwę chmur potrafią przebić się promienie słońca, a problemy same się rozwiązują. To uśmiech drugiej osoby i dobre słowo. Kiedy tylko mój B., rodzice lub rodzeństwo obdarowują mnie tymi skromnymi, choć wielkimi prezentami, czuję, że zły dzień na pewno nie zakończy się jeszcze gorzej. Roześmiana buzia mojego chrześniaka jest lekiem na całe zło… Tak, rodzina i przyjaciele to najlepsze, co mnie w życiu spotkało!

I wiem, że gdyby nie oni, byłoby mi niezwykle ciężko. Z nieba nieustannie padałby deszcz, najsłodsze ciastko byłoby gorzkie niczym szklanka ginu z tonikiem, a pod nogami słałyby mi się kłody zamiast róż.


Moje sposoby na poprawę humoru może nie są wyjątkowe, ale za to przyznam się Wam, że jeszcze nigdy mnie nie zawiodły.

A co sprawia, że Wasze dni stają się lepsze?

PS. Serdecznie zapraszam Was na webinar mojego CEO, który jutro (4 lutego o 12:00) będzie opowiadał o zarządzaniu czasem i produktywności! Wchodźcie tutaj i rejestrujcie się 🙂